„God Country” Cates i Shaw [RECENZJA]

„God Country” to miniseria, dzięki której scenarzysta Donny Cates trafił do komiksowej pierwszej ligi. Dzięki wydawnictwu KBOOM poznać ją mogą również polscy czytelnicy.

Donny Cates, współtwórca udanej serii „Venom”, autor tegorocznego letniego eventu „Absolute Carnage” czy zapoczątkowanej właśnie miniserii „Silver Surfer Black” jest dziś na szczycie. Szczycie, na który wspiął między innymi dzięki olbrzymiemu sukcesowi „God Country”. Wydana w 2017 roku przez Image Comics 6-odcinkowa miniseria spotkała się tak dobrym przyjęciem, że w lipcu tego samego roku scenarzysta podpisał z Marvelem umowę na wyłączność i dziś jest jednym z najbardziej zapracowanych autorów Domu Pomysłów.

Głównym bohaterem komiksu jest cierpiący na Alzeheimera starzec Emmet Quinlan. Kiedyś był postawnym mężczyzną, przykładnym mężem i dobrym ojcem, ale choroba zabrała mu wszystko. Najbliżsi się go boją, policja ciągle przywołuje do porządku, a on sam kipi agresją w stosunku do wszystkich. I nagle zdarza się cud. Nieoczekiwanie do rąk Emmeta trafia magiczny miecz Valofax. Kiedy tylko mężczyzna dzierży go w dłoniach, jest sobą. Pamięta jak się nazywa, rozpoznaje najbliższych, czuje, że żyje. Niestety, to szczęście nie musi potrwać długo. Właściciel Valofaxa jest gotów na wszystko, żeby go odzyskać.

Przez Image Comics miniseria Donny’ego Catesa i rysownika Geoffa Shawa zapowiadana była jako połączenie „Bękartów południa” z „Amerykańskimi bogami”. I choć jest to hasło nieco na wyrost, faktycznie dość dobrze oddaje co kryje się pomiędzy okładkami komiksu.

Zacznijmy od tego, że „God Country” stoi akcją. To efekciarska nawalanka z bogami i trzyipółmetrowym mieczem w rolach głównych. Nawalanka, w której wszystkich chwyty są dozwolone (również te poniżej pasa), a gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę. Finał jest co prawda przewidywalny, ale droga, która do niego wiedzie już nie (choć pod koniec intryga niepotrzebnie przyspiesza). Jednak prawdziwa siła „God Country” tkwi w warstwie obyczajowej. Przełamując dynamiczną akcję rodzinnym dramatem Cates osiąga dwa cele. Po pierwsze, nadaje „God Country” głębi i wielowymiarowości, których większości rozrywkowych komiksów brakuje. Po drugie, zmienia stawkę o jaką toczy się gra. Emmet Quinlan nie walczy o ocalenie świata. Walczy o własne człowieczeństwo. Ale jego ceną może być… świat.

« 1 z 2 »

Za stronę graficzną komiksu odpowiedzialny jest Geoff Shaw, rysownik, który wspólnie z Donnym Catesem współpracował bądź współpracuje przy seriach „Guardians of the Galaxy” i „Cosmic Ghost Rider”. Jego surowa kreska, niekiedy ocierająca się wręcz o szkicowość nie wszystkim musi przypaść do gustu, ale mam nadzieję, że takich osób nie będzie wiele. Rysunki Shawa w połączeniu z kolorami Jasona Wordiego tworzą wybuchową kompozycję doskonale uzupełniającą mroczną i miejscami niełatwą historię.

„God Country” to komiks wielu fantastycznych pomysłów, ale też kilku nieudanych. Bohaterowie są schematyczni, finał – jak już wspominałem – przewidywalny, a ciągłe sceny walki w pewnym momencie stają się nużące. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to tytuł, po którym warto sięgnąć. To jeden z tych komiksów, które świetnie się czyta i które, mimo efekciarskiej otoczki, opowiadają poruszające historie.