„Empress: Cesarzowa” Millar i Immonen [RECENZJA]

Polska premiera „Empress: Cesarzowej” była dla mnie okazją do ponownego spotkania z komiksową miniserią Marka Millara i Stuarta Immonena. Niestety, jej ponowna lektura utwierdziła mnie w przekonaniu, że to dzieło nieudane.

Tytułowa Cesarzowa jest żoną Moraxa, bezwzględnego tyrana twardą ręką sprawującego władzę w galaktyce. Bojąc się o przyszłość swoich dzieci, kobieta ucieka od męża. W towarzystwie oddanego ochroniarza kapitana Dane oraz dwóch synów i córki rozpoczyna szaloną ucieczkę przez niezliczone światy próbując umknąć ścigającym ich zabójcom Moraxa.

Pierwsze skojarzenie jakie nasuwa się po zetknięciu z „Empress: Cesarzową” to podobieństwo do „Sagi” Briana K. Vaughana i Fiony Staples. Oba tytuły opowiadają o uciekinierach, oba rozgrywają się w wypełnionym różnorodnymi planetami i rasami wszechświatach, wreszcie oba, po jakimś czasie, rozczarowują. Choć dzieło Millara znacznie bardziej i szybciej.

W tym komiksie nie ma nic oryginalnego. Koncept na fabułę i scenografia są zapożyczone z „Sagi”, intryga przewidywalna, a scenariuszowa ekwilibrystyka Millara, starającego się udowodnić, że jego dzieło jest czymś więcej niż efektownie opakowaną wydmuszką, nie działa. Nie byłoby to najgorsze, gdyby album sprawdzał się jako bezpretensjonalna  rozrywka. Szybkie i sympatyczne czytadło, które nie zmienia historii gatunku, ale pozostawia po sobie przyjemne wspomnienia. Nic z tych rzeczy. W miarę czytania czułem się coraz bardziej oszukany i rozczarowany. Millar faktycznie gna z akcją na łeb na szyję, ale ilość „deus ex machinowych” rozwiązań fabularnych upchniętych w scenariuszu jest porażająca.

UWAGA, LEKKIE SPOILERY (wiecie co robić). Bohaterowie muszą szybko przemierzyć galaktykę? Jakie to szczęście, że mamy pod ręką statek kosmiczny wielkości piłki i sterowany głosem, który przeniesie ich gdzie tylko chcą. Dostali się pod ostrzał gwiezdnego transportowca? To dobrze, że jeden z uciekinierów potrafi umysłem kontrolować maszyny. Ktoś trafił do niewoli? Na szczęście na śmietniku, gdzie się znalazł, znalazły się części pozwalające na budowę działa umożliwiającego ucieczką. A tych przykładów jest znacznie więcej.

Czytając „Empress: Cesarzową” miałem poczucie, że ktoś sobie robi ze mnie jaja. Mark Millar ma słabość do fabularnych rozwiązań „na skróty”, ale tym razem przeszedł samego siebie. Co więcej, koncentrując się na mnożeniu wydarzeń zapomniał o bohaterach, którzy – podobnie jak intryga – są sztampowi, przewidywalni i jednowymiarowi, a co za tym idzie czytelnik nigdy na poważnie nie przejmuje się ich losem.

« 1 z 2 »

Największym atutem komiksu pozostają rysunki Stuarta Immonena. Co prawda projekty postaci przypominają osiągnięcia artysty z czasów gdy współtworzył serię „X-Men”, ale rozmach z jakim komponuje kadry, realistyczna kreska oraz przywiązanie do szczegółów autentycznie cieszą oko.

„Empress: Cesarzowa” to komiksowy odpowiednik wymęczonego hollywodzkiego blockbustera (jak choćby „Jupitera: Intronizacji” sióstr Wachowskich). Efektownie zrealizowana, ale scenariuszowo błaha i niechlujna produkcja, która fajnie prezentuje się na zwiastunach, ale jako całość w ogóle się nie broni. Zakończenie albumu jest otwarte i sugeruje, że Cesarzowa oraz jej towarzysze mogą kiedyś powrócić. Jeśli do tego dojdzie, to mam nadzieję, że zrobią to w znacznie lepszym stylu.

Album „Empress: Cesarzowa” ukazał się nakładem Mucha Comics.