„Drakula” Thomas i Mignola [RECENZJA]

Choć krytycy nie uznali „Drakuli” Francisa Forda Coppoli za najlepszy film w dorobku autora „Czasu Apokalipsy”, dla mnie pozostaje jednym z ulubionych. Chętnie do niego wracam i również z tego powodu z zainteresowaniem sięgnąłem po jego komiksową adaptację narysowaną przez Mike’a Mignolę.

Obrazkowy „Drakula” na amerykańskim rynku zadebiutował w 1992 nakładem nieistniejącego już wydawnictwa Topps Comics należącego do korporacji Topps Company specjalizującej się w produkcji gumy do żucia, słodyczy oraz sportowych kart kolekcjonerskich. Topps Comics publikowało głównie komiksy na podstawie licencji filmowych i serialowych, ale blisko współpracowało również z Jackiem Kirbym. Niestety, firma utrzymała się na rynku zaledwie tylko przez pięć lat, a swoją działalność zakończyła w 1998 roku.

„Drakula” pozostaje jednym z najlepszych tytułów jakie Topps Comics wprowadziło na rynek. Komiks został entuzjastycznie przyjęty zarówno przez „zwykłych” czytelników jak i krytyków i dość szybko zniknął z półek. Jak się miało okazać, na długo.

Przez 25 lat „Drakula” pozostawał białym krukiem. Legendarnym komiksem, o którym prawie wszyscy słyszeli, ale mało kto miał okazję go przeczytać. Na rynek powrócił dopiero we wrześniu zeszłego roku dzięki oficynie IDW Publishing. Od kilku dni mogą się nim cieszyć również polscy czytelnicy.

O czym jest „Drakula” każdy wie, nie będę więc się rozwodził nad fabułą. Zaznaczę tylko, że komiks jest bardzo wierną adaptacją dzieła Coppoli – zarówno w warstwie fabularnej jak i graficznej. Autorem scenariusza albumu jest Roy Thomas, który w swojej pracy opierał się na filmowym skrypcie Jamesa V. Harta. Z tego też powodu w komiksowych dymkach znalazło się wiele kwestii znanych z dużego ekranu. W przypadku tego rodzaju produkcji, to standard.

Ponad przeciętność wynoszą „Drakulę” rysunki Mike’a Mignoli. Trzeba pamiętać, że pierwszy zeszyt miniserii trafił do sprzedaży pod koniec 1992 roku, pół roku przed pierwszą prezentacją postaci Hellboya (ta miała miejsce w sierpniu 1993 roku podczas Comic-Conu w San Diego). Zabierając się za adaptację filmu Coppoli, Mignola był już doświadczonym rysownikiem. Od lat współpracował z Marvelem kładąc tusz na planszach serii „Daredevil” czy „The Incredible Hulk”, a dla DC Comis stworzył miniserię „Cosmic Odyssey” (wspólnie z Jimem Starlinem) oraz udane „Gotham w świetle lamp gazowych”. Był więc Mignola twórcą rozpoznawalnym. Nie był jednak gwiazdą.

Dwadzieścia lat później wszystko jest już inaczej. Mike Mignola to jeden z najbardziej znanych twórców komiksowych i pomysłodawca olbrzymiego uniwersum, które dało światu setki komiksów i kilka filmów. I być może właśnie dlatego, wydawnictwo IDW postanowiło jego fanów trochę… naciągnąć. I tu dochodzimy do jedynego problemu jaki mam z „Drakulą”.

Komiks pierwotnie ukazał się w kolorze. IDW wznowiło go jednak w czerni i bieli. Kiedy się o tym dowiedziałem, byłem zaskoczony, ale pomyślałem, że to decyzja artystyczna, że – być może – plansze w wersji achromatycznej prezentują się lepiej niż w kolorowej. Nic do końca. Kolorowe są lepsze, a IDW na ten rok zapowiedziało ponowne wydanie „Drakuli”, tym razem w wersji barwnej. Czyli, postanowiło sprzedać ten sam album dwa razy. I nie byłoby to problemem, gdyby wydawnictwo wprowadziło jednocześnie obie wersje do sprzedaży. Wtedy każdy mógłby wybrać tę, która mu bardziej odpowiada, a nawet kupić obie. Tymczasem IDW z wielką pompą zapowiedziało edycję czarno-białą, a kolorowej w ogóle nie uwzględniło w oficjalnych zapowiedziach. Czytelnicy dowiedzieli się o niej dopiero w listopadzie ubiegłego roku, kiedy Mike Mignola pochwalił się na Twitterze jej okładką.

Ten mankament nie powinien Was jednak zniechęcić do sięgnięcia po ten komiks. Owszem, po rezygnacji z koloru niektóre kadry straciły na czytelności, ale jako całość album nabrał niesamowitej ekspresji. Już obraz „Coppoli” był wizualnie przesadzony, a Mignola idzie podobną drogą żywcem przenosząc do swoich plansz filmowe ujęcia i kompozycje kadrów. Jak zawsze znakomicie operuje czernią i cieniami dzięki czemu ta opowieść nabiera wyjątkowego, gotyckiego klimatu.

Szczerze polecam sięgnięcie po „Drakulę” według Mike Mignoli. Wykonana przez IDW zagrywka a’la „chytra baba” budzi, co prawda, lekki niesmak, ale nie ma w tym żadnej winy polskiego wydawcy. A ten, jak zawsze, stanął na wysokości zadania, „Drakula” jest wydany znakomicie oraz wydrukowany na jakościowym i niebłyszczącym papierze, co dla mnie zawsze jest dodatkowym atutem.