„Conan. Narodziny legendy” Busiek i inni [RECENZJA]

Conan Barbarzyńca przeżywa dziś prawdziwy renesans. Amazon pracuje nad nowym serialem poświęconym jego przygodom. Marvel rusza z nową serią autorstwa Jasona Aarona i Mahmuda Asrara, kolejne zaś powstają we Francji i we Włoszech. W Polsce, jak na razie, nikt nad komiksem o Conanie nie pracuje, ale do naszego kraju dotarło wreszcie solidne wydanie serii „Conan” napisanej przez Kurta Busieka uznawanej za jedną z najlepszych adaptacji twórczości Roberta E. Howarda.

Conan Barbarzyńca zajmuje w moim sercu specjalne miejsce, co zawdzięczam 28 numerowi miesięcznika „Fantastyka” ze stycznia 1985 roku. Magazyn, opatrzony efektowną okładką z plakatem „Conana Niszczyciela”, skrywał dwa opowiadania poświęcone Cymmeryjczykowi („Wieża słownia” Roberta E. Howarda i „Spotkanie w krypcie” Lina Cartera i Lyona Sprague’a de Campa) oraz artykuły przybliżające czytelnikom gatunek fantasy. Dla 10-letniego chłopaka, jakim wtedy byłem, ich lektura była objawieniem i sprawiła, że na długie lata pokochałem „magię i miecz”.

W połowie lat 80. przeczytanie opowiadań Roberta E. Howarda po polsku było wyzwaniem. Pierwszy oficjalny zbiór zatytułowany „Conan. Droga do tronu” ukazał się dopiero w 1988 roku nakładem wydawnictwa Alfa. Na szczęście w tamtych czasach prężnie działał tzw. „drugi obieg”, w którym obok „Archipelagu gułag” publikowano również amerykańską literaturę popularną, w tym Roberta E. Howarda. Te powielaczowe bądź kserowane „wydania” bez problemu można było dostać na warszawskim stadionie Skry, gdzie w weekendy odbywała się giełda wszystkiego, której byłem regularnym gościem.

Moja fascynacja fantasy trwała przez kilka ładnych lat. Zakończyła ją klęska urodzaju jaka nastąpiła na rynku wydawniczym po roku 1989. Nagle, niemalże z dnia na dzień w sprzedaży pojawiły się dziesiątki powieści, serii i opowiadań o których niejednokrotnie wcześniej nie słyszałem. Wśród nich nie brakowało żelaznej klasyki, ale były też takie, które słusznie zostały skazane na zapomnienie. Ówczesny polski rynek był jednak w stanie wchłonąć praktycznie wszystko, podobnie jak ja. I wchłonąłem za dużo. Teraz, choć od fantasy nie uciekam, to również specjalnie tego gatunku nie szukam i wciąż darzę go sentymentem. Podobnie jak Conana Barbarzyńcę.

Pierwszy komiks o przygodach Cymmeryjczyka ukazał się jeszcze w 1952 roku na łamach meksykańskiej antologii „Cuentos de Abuelito”. W roku 1970 prawa do postaci trafiły do wydawnictwa Marvel, gdzie obrazkowe opowieści o Conanie tworzyli Barry Windsor-Smith, John Buscema czy Alfredo Alcala. W latach 70. cieszyły się one ogromną popularnością za oceanem, choć wiele z nich nie oparło się próbie czasu. Ostatni komiks o Conanie pod szyldem Marvela ukazał się w 1996 roku, a siedem lat później prawa do postaci kupiła oficyna Dark Horse Comics, która w tym samym roku rozpoczęła publikację serii zatytułowanej po prostu „Conan”. Serii, która w ciągu kolejnych lat zdobyła 4 nagrody Eisnera (trzy zgarnął Dave Stewart za kolory, ale jedna trafiła w 2004 roku do Kurta Busieka i Cary’ego Norda za otwierającą cykl historię „Legenda”), a dziś uznawana jest za jedną z najlepszych obrazkowych adaptacji twórczości Roberta E. Howarda.

W albumie „Conan. Narodziny legendy” znajdziemy w sumie 20 zeszytów serii (#0–15, #23, #32, #45–46) pogrupowanych w czterech rozdziałach: „Legenda”, „Zrodzony na polu bitwy”, „Córka lodowego olbrzyma i inne historie” oraz „Bóg w pucharze i inne historie”. Akcja pierwszego z nich rozgrywa się setki lat po śmierci Conana, a jej bohaterami są pewien książę oraz jego wezyr poznający historię Cymmeryjczyka. „Zrodzony na polu bitwy” to opowieść o dzieciństwie i młodości Conana oraz wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że stał się wojownikiem budzącym strach, ale i szacunek. „Córka lodowego olbrzyma i inne historie” traktuje o przygodach Barbarzyńcy w krainach północy i jego podróży do tajemniczej Hyperborei, która okazuje się miejscem pełnym mrocznych niespodzianek. „Bóg w pucharze i inne historie” to natomiast opowieść o pierwszym spotkaniu Conana z jego najgroźniejszym wrogiem Thoth-Amonem.

Wszystkie zawarte w tomie historie zostały napisane przez Kurta Busieka. Wśród nich są dwie adaptacje opowiadań Roberta E. Howarda „Córka lodowego olbrzyma” (z 1932 roku) oraz „Bóg w pucharze” (wydane po raz pierwszy w 1952 roku), ale zdecydowana większość z nich to opowieści oryginalne, w których Busiek twórczo rozwija uniwersum stworzone przez Howarda.

Amerykański autor dał Conanowi przede wszystkim przeszłość. Ze szczątkowych informacji o młodości Cymmeryjczyka, jakie znalazły się w twórczości Howarda, stworzył trzymającą w napięciu opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu, w której bohaterowie są ważniejsi od efektownej akcji. Kurt Busiek „zbudował” Conana na nowo czyniąc z niego postać z krwi i kości, o którą czytelnik się troszczy, której współczuje i na której naprawdę mu zależy. Podziw budzi też swoboda z jaką Busiek łączy w swoich scenariuszach różne gatunki. Klasyczne heroic fantasy miesza z kryminałem, melodramatem czy horrorem nieustannie zaskakując czytelników.

„Conan. Narodziny legendy” zachwyca jednak nie tylko fabułą, ale również fantastycznymi rysunkami Cary’ego Norda (wspieranego przez Grega Rutha, Thomasa Yeatesa i Toma Mandrake’a). Realistyczne, filmowo zaprojektowane kadry fantastycznie pokolorowane przez Dave’a Stewarta (za wyjątkiem zeszytów rysowanych przez Grega Rutha) robią piorunujące wrażenie. Aż szkoda, że album nie doczekał się wydania w powiększonym formacie (na co liczyłem, kiedy Tomasz Kołodziejczak zapowiadał jego premierę mówiąc „Egmont wchodzi w omnibusy”).

„Conan. Narodziny legendy” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów fantasy i postaci Cymmeryjczyka. Komiks jest znakomicie napisany, obłędnie zilustrowany i utrzymany w duchu twórczości Roberta E. Howarda. Z niecierpliwością czekam na premierę kolejnych tomów.