„Cmentarz bezimiennych” Waid i Azaceta [RECENZJA]

Raymond Chandler, klasyk czarnego kryminału, twierdził, że jedyna zbrodnia, o której warto pisać, to morderstwo. Być może ta sama myśl przyświecała Markowi Waidowi, kiedy tworzył scenariusz komiksowej miniserii „Cmentarz bezimiennych”. W albumie wydanym właśnie przez Mucha Comics trup ściele się gęsto, a zabójców jest więcej niż głównych bohaterów.

Cmentarz bezimiennych, w języku angielskim określany mianem „potter’s filed” (pole garncarza), to miejsce pochówku ludzi o nieznanej tośamości. Nazwa „pole garncarza” pochodzi jeszcze z Biblii i odnosi się do połaci terenu, z których pozyskiwano glinę do wyrobu naczyń ceramicznych, a które – po zakończeniu ich eksploatacji – były wykupywane przez kapłanów z Jeruzalem w celu grzebania tam wszystkich tych, którzy z różnych powodów pozostawali na marginesie społeczeństwa.

Największy amerykański cmentarz bezimiennych znajduje się na nowojorskiej Wyspie Harta, miejscu, które w swojej historii „gościło” już u siebie więzienie, szpital psychiatryczny, sanatorium dla gruźlików i poprawczak. Dziś Wyspa Harta jest miejscem pochówku ponad miliona osób, a rocznie odbywa się na niej ok. 1500 pogrzebów niezidentyfikowanych zmarłych. Wyspa jest też miejscem „pracy” i zamieszkania Johna Doe, głównego bohatera miniserii „Cmentarz bezimiennych”.

Nikt nie wie kim jest. Nie ma przeszłości. Nie zostawia odcisków palców. Dzięki sieci agentów rozwiązuje tajemnice zbrodni, których ofiary nie zostały zidentyfikowane, a ich rodziny pozbawione możliwości opłakania odejścia swoich ukochanych. Każdy opatrzony jedynie numerem nagrobek na Wyspie Harta to dla niego kolejne zadanie i wyzwanie. Poznajcie jego historię.

Pomysł na „Cmentarz bezimiennych” narodził się w głowie Marka Waida jeszcze pod koniec lat 90. Jednak aż dekadę zajęło mu przelanie do na papier. Pierwsze trzy odcinki przygód Johna Doe ukazały się w 2007 roku, kolejny i ostatni, samodzielna historia „Zimny jak głaz”, dwa lata później.

Gatunkowo „Cmentarz bezimiennych” jest przykładem komiksu spod znaku „neo noir”, współczesną historią kryminalną stylistycznie nawiązującą do klasycznych czarnych kryminałów. Marl Waid zabiera czytelników w podróż do świata pełnego skorumpowanych gliniarzy, bezwzględnych gangsterów, porywaczy pedofilów i zabójców na zlecenie. Również główny bohater serii nie jest postacią krystaliczną. Nie znamy motywów jego działania, nie wiemy dlaczego zaczął i wciąż kontynuuje swoją misję. Powtarza, że interesuje go tylko prawda, ale żeby wydobyć ją na światło dziennie dokonuje moralnie wątpliwych, a niekiedy wręcz sprzecznych z prawem wyborów.

John Doe nie jest stróżem prawa, choć zdarza mu się współpracować z policją. Nie jest też klasycznym komiksowym mścicielem, choć w wyniku jego działań winni zostają ukarani. John Doe jest człowiekiem z misją, a nagrobki, na których wykuł imiona i nazwiska pochowanych pod nimi ludzi, są najbardziej wymownym dowodem jego działalności.

Jedyne, co mi przeszkadzało w scenariuszu „Cmentarza bezimiennych”, to fakt, że pozostawił mnie z uczuciem niedosytu. Jestem w stanie zrozumieć decyzję Marka Waida, by uczynić Johna Doe postacią enigmatyczną aż do przesady, jest w tym nawet pewien urok, ale czytając komiks miałem wrażenie, że akcja mknie w nim za szybko. Główny bohater prowadzi swoje śledztwa w ekspresowym tempie i zdecydowanie zbyt łatwo wyplątuje się z tarapatów. Poza tym świat stworzony przez Marka Waida może nie jest odkrywczy, ale potrafi zafascynować i zwyczajnie chciałby się w nim zostać na dłużej.

To ostatnie jest w dużej mierze zasługą Paula Azacety, rysownika znanego m.in. z serii „Outcast – Opętanie”. Jego surowe, utrzymane w ciemnych barwach kadry doskonale współgrają z mrocznym scenariuszem Waida. Nie ma tu rewolucji, ale jest solidna, rysunkowa robota, która – dzięki temu, że album nie ukazał się na kredzie, ale na „zwykłym” papierze – prezentuje się znacznie lepiej niż rysunki, stworzone do serii Roberta Kirkmana.

W obecnym natłoku komiksowych premier „Cmentarz bezimiennych” może przegrać rywalizację o uwagę czytelników ze znacznie większymi tytułami. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie. Mimo kilku niedoskonałości, dzieło Waida i Azacety zasługuje na to, by je znać. Komiks oparty jest na intrygującym pomyśle, przykuwa uwagę mrocznym klimatem i zdecydowanie nadaje się do wielokrotnej lektury.

Album „Cmentarz bezimiennych” ukazał się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.