„Chew” Layman i Guillory [RECENZJA]

Po pięciu latach od premiery pierwszego tomu moja przygoda z „Chew” dobiegła końca. Podczas tego czasu John Layman niejednokrotnie wystawiał moją miłość do komiksowej serii na próbę, ale finalnie wiem, że było warto. I naprawdę szkoda mi się żegnać z Tonym Chu.

Głównym bohaterem „Chew” jest Tony Chu. Tony jest cybopatą, czyli człowiekiem który biorąc do ust jedzenie od razu dowiaduje się wszystkiego na jego temat. W przypadku owoców są to informacje na jakim rosły drzewie, jakich pestycydów użyto przy ich produkcji i kiedy je zerwano. W przypadku potraw mięsnych wrażenia są dużo bardziej makabryczne, a jeśli przy ich przygotowaniu kucharz – będący jednocześnie seryjnym mordercą – zatnie się w palec i jego krew trafi do dania, Tonu poznaje również jego tajemnicę. Dzięki swojemu wyjątkowemu, choć kłopotliwemu talentowi Chu jest znakomitym i osiągającym zadziwiające wyniki detektywem. Z tego też powodu zostaje przeniesiony do wydziału przestępstw szczególnych amerykańskiego departamentu ds. żywności i leków, najpotężniejszej na całej planecie organizacji stojącej na straży prawa, której zadaniem jest prowadzenie dochodzeń w najbardziej niezwykłych, paskudnych i zdumiewających sprawach.

Aha, i jeszcze jedno. Tony Chu żyje w świecie, w którym pandemia ptasiej grypy zabiła 28 milionów ludzi, jedzenie drobiu jest zakazane a cyborg na ulicy nie robi na nikim wrażenia. I jeszcze jedno. Temu światu grozi zagłada. Zagłada, której zapobiec może jedynie Tony Chu.

Scenariuszowo „Chew’ to jedna z najbardziej oryginalnych serii komiksowych ostatnich lat. John Layman brawurowo łączy w niej różne gatunki od sci-fi, przez komedię aż po horror. Jednocześnie przez większą część czasu scenarzyście udaje się skutecznie zaskakiwać czytelników ekscentrycznymi pomysłami fabularnymi. Nie jest to komiks idealny. Zaczyna się znakomicie, ale dalsze tomy potrafią wystawić cierpliwość czytelników na próbę. Na szczęście im bliżej końca, tym lepiej, a finał jest nie tylko satysfakcjonujący, ale i pysznie przewrotny. Co więcej, w intrygujący sposób otwiera drzwi do kontynuacji, która – jak zdradził swojego czas sam John Layman – jest bardzo prawdopodobna.

« 1 z 2 »

Oryginalny scenariusz to połowa sukcesu „Chew”. Ale seria ta nie zyskałaby takiej popularności (pierwszy i drugi tom zbiorczego wydania trafiły na listę bestsellerów dziennika „The New York Times”) gdyby nie rysunki Roba Guillory’ego. W posłowiu artysta wprost przyznaje, że zanim rozpoczął współpracę z Johnem Laymanem ledwo wiązał koniec z końcem utrzymując się z drobnych zleceń komiksowych. Seria „Chew” uczyniła z niego gwiazdę. Trudno się temu dziwić, bo kreska Guillory’ego jest nie tylko znakomita, ale również jedyna w swoim rodzaju. Satyrycznie przerysowane i obłędnie pokolorowane rysunki tchnęły życie w komiksowy świat na tyle skutecznie, że nawet kiedy scenariuszowo seria zawodziła, to dla samej oprawy graficznej chciało się do niej wracać.

Spotkanie z „Chew” było dla mnie przygodą, której długo nie zapomnę. Dzieło Laymana i Guillory’ego jest jedną z nielicznych współczesnych serii tzw. „regularnych”, którą czytałem dwa razy od początku do końca. Raz w oryginalnych zeszytach, drugi raz w zbiorczych tomach polskiego wydania. I coś mi się zdaje, że jeszcze kiedyś do niej wrócę.