„Bloodshot. Odrodzenie – Staroświecki” Lemire, Larosa i Reber [RECENZJA]

„Bloodshot. Odrodzenie” to udana seria, ale jej trzeci tom jest zdecydowanie najlepszy ze wszystkich, które ukazały się u nas do tej pory. W albumie zatytułowanym „Staroświecki” scenarzysta Jeff Lemire nieoczekiwanie zabiera nas w podróż przyszłość, by opowiedzieć historię rodem ze świata Mad Maxa i Old Mana Logana.

Trzydzieści lat temu nanotechnologia obróciła się przeciwko ludzkości. Wybuchła okrutna wojna, która pochłonęła ludzi, superbohaterów i cywilizację. Nieliczni ocaleni rozpaczliwie walczą o życie na postapokaliptycznej pustyni, w jaką zmieniło się Los Angeles i jego okolice. Jednym z nich jest Bloodshot, ale dziś już nikt go tak nie nazywa. I prawie nikt o nim nie pamięta. Na tle nowoczesnych, nanotechnologicznych maszyn do zabijania jest reliktem przeszłości. Staroświeckim, ale nie bezużytecznym. Dzięki jego „opiece” niewielka wioska ocalałych wciąż trwa. Jednak zapewniony przez Bloodshota spokój nie może trwać więcej. Wkrótce po wojownika upomina się znajomy z przeszłości, a on sam nie może sobie pozwolić na to, by jeszcze dłużej stać z boku.

„Staroświecki” to najbardziej rozrywkowa odsłona serii „Bloodshot. Odrodzenie”. O ile w poprzednich tomach Jeff Lemire w pierwszej kolejności skupiał się na bohaterach, tutaj główny nacisk położył na akcję, która wręcz wylewa się z komiksowych kadrów. Jego scenariusz od pierwszych stron budzi porównania do „Mad Maxa” i „Old Man Logana”, ale Lemire nic sobie z tego nie robi. Swobodnie bawi się postapokaliptyczną konwencją nie kryjąc swoich inspiracji, ale – co najważniejsze – wykorzystując je do stworzenia nowej, trzymającej w napięciu historii. Historii, w której obok Bloodshota pojawiają się również inni ważni mieszkańcy uniwersum Valiant, a na każdego z nich Jeff Lemire ma zaskakujący i intrygujący pomysł.

« 1 z 2 »

Całość znakomicie zilustrowali Lewis Larosa i Brian Reber. Artyści absolutnie nie ograniczali się tworząc komiksowe kadry przykuwające uwagę dynamiką, efektownym kadrowaniem i żywą kolorystyką. Sporo jest w ich rysunkach czystego efekciarstwa, ale przy tego rodzaju historii to nie jest zarzut, ale zaleta.

Jeśli lubicie superbohaterów i rozpaczliwie szukacie komiksu o superbohaterach, który nie tylko dostarczy Wam solidnej porcji rozrywki, ale przy okazji nie obrazi Waszej inteligencji, „Bloodshot. Odrodzenie” jest właśnie dla Was. Jeśli jeszcze po tę serię nie sięgnęliście, dajcie szansę „Staroświeckiemu”. Po spotkaniu z Bloodshotem w wydaniu rodem z „Alei Potępienia” na pewno będziecie mieli ochotę na więcej.