„Bloodborne. Śmierć snu” Kot i Kowalski [RECENZJA]

Mimo wielu prób, nie udało mi się pokonać „Bloodborne” na PlayStation. Po kolejnym podejściu do jednego z bossów cisnąłem kontrolerem o podłogę, zabluźniłem głośno i odinstalowałem grę z konsoli. Oczywiście, wciąż planuję do niej wrócić, bo świat stworzony przez Hidetakę Miyazakiego jest fascynujący, aczkolwiek boję się, że nie podołam wyśrubowanemu poziomowi trudności, z którego słyną gry studia From Software. Na szczęście są komiksy, dzięki którym można wrócić do Yharnam bez ryzyka niszczenia kontrolera.

Na komiksową serię „Bloodborne” uwagę zwróciłem z kilku powodów. Pierwszy, to oczywiście gra, której szczątkowa fabuła daje duże możliwości adaptacji. Drugim jest osoba scenarzysty Alesa Kota, sprawnego rzemieślnika i autora jednego z moich ulubionych komiksów o Jamesie Bondzie zatytułowanego „The Body”. Trzecim powodem był rysownik Piotr Kowalski, którego twórczość śledzę od bardzo dawna i któremu mocno kibicuję.

Pierwsze informacje o planowanej serii komiksowej pojawiły się w 2017 roku. Pierwszy zeszyt „Bloodborne” ukazał się w lutym kolejnego roku. Początkowo wydawnictwo Titan Comics planowało stworzenie 4-zeszytowej miniserii, ale po tym jak cykl został entuzjastycznie przyjęty przez czytelników i krytyków rozwinięto go w regularną serię liczącą dziś już 16 zeszytów.

Tom „Bloodborne. Śmierć snu” zbiera pierwszych osiem zeszytów cyklu składających się na dwie samodzielne opowieści: „Śmierć snu” oraz „Pragnienie uzdrowienia”. Pierwsza przenosi czytelników do rzeczywistości znanej z gry. Akcja komiksu rozpoczyna się w opanowanym przez potwory mieście Yharnam i traktuje o bezimiennym łowcy poszukującym bladej krwi mającej pozwolić mu wyzwolić się z niekończącej się Nocy Łowców. Druga opowiada o czasach wcześniejszych i przybliża okoliczności tajemniczej zarazy, która wiele lat wcześniej zmieniła Yharnam w miejsce rodem z sennych koszmarów.

Gra „Bloodborne” podobnie jak jego duchowy poprzednik seria „Dark Souls” stawia na wymagającą walkę i eksplorację. Dzięki tej ostatniej gracze stopniowo odkrywają tajemnice świata, w którym dzieje się akcja gry. Ich poznawanie jest równie fascynujące jak pojedynki z przeciwnikami, dzięki „szczątkowej” formule pozostawiają sporo miejsca wyobraźni graczy. Wkraczając do Yharnam scenarzysta Ales Kot miał więc ułatwione zadanie. Od twórców gry otrzymał intrygujący świat, w którym jednak nie brakowało białych plam czekających na wypełnienie.

„Bloodborne” to jedna z moich ulubionych gier. Poświęciłem jej blisko 200 godzin swojego życia nie tylko grając w nią, ale również studiując fascynujący świat w jakim osadzono jej akcję. Jestem zaszczycony możliwością zmierzenia się z tym uniwersum. W moim komiksie nie zabraknie tajemnicy, dziwności, grozy, przerażenia, a przede wszystkim krwi – obiecywał Ales Kot przed premierą pierwszego zeszytu komiksowej serii.

Po przeczytaniu mogę powiedzieć, że słowa „prawie” dotrzymał. A prawie, jak wiemy, robi różnicę. Komiksowy „Bloodborne” faktycznie jest krwawy i przerażający, ale jednocześnie fabularnie bełkotliwy. Scenarzysta-fan napisał historie przede wszystkim dla fanów gry. Ci bowiem docenią zawarte w nich odniesienia do wirtualnego świata poukrywane zarówno w fabule jak i dialogach. Pozostali przeczytają „Śmierć snu” bezboleśnie, ale też bez specjalnych emocji, bo bez znajomości gry scenariusz Alesa Kota będzie dla nich zwyczajnie niejasny. Dodatkowo, czytając komiks miałem cały czas wrażenie, że Yharnam kryje znacznie lepsze historie, niż te, które napisał Kot.

« 1 z 2 »

Bo „Bloodborne” warto sięgnąć przede wszystkim ze względu na rysunki. Piotr Kowalski przeszedł długą drogę od czasów, kiedy blisko dwie dekady temu opublikował swoje pierwsze rysunki na łamach „Nowej Fantastyki”. Dziś jest twórcą współpracującym z największymi amerykańskimi i europejskimi wydawcami co kilka miesięcy informującym o rozpoczęciu prac nad nowym komiksem (obecnie IDW Publishing publikuje rysowaną przez niego serię „Wellington” a oficyna AfterShock Comics w marcu rozpocznie wydawanie współtworzonego przez niego cyklu „Join the Future”).

„Bloodborne” jest w moim przekonaniu jednym z najlepszych jeśli nie najlepszym komiksem Kowalskiego. Dziełem, które dzięki oprawie wizualnej wyrasta ponad przeciętność i na długo pozostaje w pamięci. „Bloodbornem” Kowalski udowadnia, że jest mistrzem realistycznej kreski, Dojrzałym twórcą łączącym w swoich planszach efektowne kadrowanie z niesamowitym przywiązaniem do detali.

„Bloodborne. Śmierć snu” to komiks adresowany przede wszystkim do fanów gry. Ci bowiem z radością po raz kolejny zanurzą się w mrocznym świecie wykreowanym przez Hidetakę Miyazakiego. Pozostali, którzy z grą niewiele mieli wspólnego, jeśli komiks docenią, to głównie ze względy na jego rysunki, bo fabularnie pozostanie dla nich trudny do przełknięcia.