Po „Battle Chasers” sięgnąłem po latach z nadzieją na poznanie finału serii, która po premierze 9 zeszytu przez wiele lat pozostawała w zawieszeniu. Joe Madureira powrócił do niej w 2023, ale, przykro to mówić, niespecjalnie się do tego przyłożył.
Seria „Battle Chasers” narodziła się pod koniec lat 90. i była jednym z kilku zaledwie komiksów wydanych pod szyldem imprintu „Cliffhanger” założonego przez Joego Madureirę, J. Scotta Campbella i Humberta Ramosa. Sama marka „Cliffhanger” należała z kolei do założonego przez Jima Lee wydawnictwa WildStorm Productions, które w 1999 roku zostało przejęte przez DC Comics. Po tej transakcji „Battle Chasers” trafiło najpierw pod skrzydła DC a później Image Comics, które wydało 9 zeszyt serii. Po jego premierze cykl został zawieszony, a sam Madureira z powodzeniem z artysty komiksowego przekształcił się w twórcę gier wideo.
Choć niedokończona, marka cały czas żyła. W 2003 roku studio 20th Century Fox przymierzało się do jej ekranizacji, a w 2017 roku ukazała się inspirowana komiksem gra wideo „Battle Chasers: Nightwar”. O tytule cały czas pamiętali również fani, bo komiks Madureiry, choć koszmarny scenariuszowo, na przełomie wieków prezentował się obłędnie i naprawdę robił wrażenie.
„Battle Chasers” przenosi czytelników do świata łączącego fantasty ze steampunkiem, w którym obok siebie występują magia i olbrzymie golemy bojowe. Kiedy pojawia się w nim nowy, tajemniczy wróg, czoła stawia mu nieoczywista grupa bohaterów: pogrążony w żałobie legendarny szermierz Garrison, 10-letnia Gully, córka słynnego rycerza Aramusa, potężny golem Calibretto oraz skrywający wiele sekretów mag Knolan.
Napisze to od razu, bo nie ma co owijać tego w słowa. Scenariusz „Battle Chasers” nie trzyma się kupy. Postaci pojawiają się w nim i znikają. Motywacja ich działań często nie istnieje podobnie jak logika następujących po sobie wydarzeń. Madureira nie panuje nad fabułą swojej własnej serii i trzy dodatkowe zeszyty tego nie zmieniły. Cykl ponownie kończy się cliffhangerem, bohaterowie mówią, że najważniejsze dopiero przed nimi, a my dalej nie wiemy, kto właściwie jest ich prawdziwym przeciwnikiem.
Czytanie „Battle Chasers” było i nadal jest czynnością wymagającą od odbiorcy dużej wyrozumiałości. Warto się na nią zdobyć, bo mimo upływu lat, od strony wizualnej komiks nadal prezentuje się fantastycznie. Inspirowana mangą kreska Madureiry wciąż robi wrażenie, a dla boomerów niesie sporą dawkę nostalgii. Ostatnie trzy zeszyty cyklu stworzył francuski rysownik Ludo Lullabi, który znakomicie zastąpił Madureirę.
Mimo trwającej ponad 20 lat przerwy, „Battle Chasers” było i jest serią scenariuszowo fatalną. Złożonym ze schematów zlepkiem pourywanych wątków oraz przypadkowych postaci, których jedynym celem jest danie artystom pretekstu do narysowania kolejnej sceny akcji. Te zaś, nawet po latach, potrafią zaprzeć dech w piersiach, co czyni z „Battle Chasers” komiks do oglądania a nie do czytania. Zanim zdecydujecie się wydać na niego prawie 200 złotych, powinniście być tego świadomi. Polskie wydanie serii zawiera wszystkich 12 zeszytów cyklu, kilka historii dodatkowych oraz pokaźną galerię szkiców i okładek. Na półce prezentuje się imponująco.