„Baśnie: Pożegnanie” Willingham i Buckingham [RECENZJA]

10 lat po polskiej premierze pierwszego tomu moja przygoda z serią „Baśnie” dobiegła końca. Liczący 150 zeszytów cykl miał swoje lepsze i gorsze chwile. Potrafił zachwycić, ale też niemiłosiernie wkurzyć. A jego finał raczej nie przejdzie do historii komiksowej sztuki.

„Baśnie” to wielowątkowa opowieść, której bohaterami są postaci znane z popularnych bajek. Magiczny świat, w którym żyli, został zajęty przez potężnego Adwersarza, a jego mieszkańcy zostali zmuszeni do zamieszkania w świecie ludzi, a dokładnie w Nowym Jorku i jego okolicach.

Przez 11 pierwszych tomów „Baśnie” opowiadały o walce baśniowców z Adwersarzem, ich próbach odzyskania władzy nad swoim zaczarowanym światem i wyzwaniach jakie niesie dla nich życie w świecie pozbawionym magii. Wojna z Adwersarzem, którym ostatecznie okazał się stolarz Dżepetto, zakończyła się sukcesem. Rządzone przez niego potężne cesarstwo uległo zniszczeniu, a setki światów, nad którymi miało kontrolę, odzyskały wolność.

I w tym momencie „Baśnie” powinny się zakończyć. Gdyby tak się stało, czytelnicy zapamiętaliby je jako dzieło wyjątkowe, a co najmniej bardzo dobre. Zdobywcę 12 nagród Eisnera i jeden z lepszych tytułów wydanych w ramach imprintu Vertigo. Scenarzysta Bill Willingham i rysownik Marck Buckingham zdecydowali się jednak cykl kontynuować, choć – jak czas pokazał – na dalsze przygody Baśniowców nie mieli już zbyt wielu pomysłów.

Wraz z 13 tomem zatytułowanym „Wielki baśniowy crossover” seria zaliczyła spektakularny upadek. Przyjęcie albumu było miażdżące i najwyraźniej zmotywowało autorów do działania, bo kolejne części były już lepsze. Jednak nie na tyle dobre, by seria wróciła na dawne tory.

Kolejny przeciwnik został pokonany, ale wojna z nim pochłonęła wiele ofiar i dała początek kolejnemu, konfliktowi. Baśniogród podzielił się na zwolenników dwóch sióstr – Królewny Śnieżki i Róży Czerwonej, które wraz ze swoimi armiami zaczęły szykować się do ostatecznej konfrontacji. I to właśnie temu wydarzeniu poświęcony jest ostatni tom serii zatytułowany „Pożegnanie”.

Bill Willingham jest doświadczonym scenarzystą, zatem ostatnie tomy „Baśni” czytało się nieźle. W scenariuszach kolejnych części nie brakowało niespodziewanych zwrotów akcji, a kilku z kluczowych bohaterów sposób pożegnało się z życiem. A jednak, cały czas czegoś w „Baśniach” brakowało. To już nie była ta sama seria, na której kolejne tomy kilka lat wcześniej wyczekiwałem z niecierpliwością. „Baśnie” stały się tytułem, który śledziłem już głównie z przyzwyczajenia i sentymentu.

Przyczyny konfliktu pomiędzy Śnieżką a Różą Czerwoną były naciągane. W poprzednim tomie Willingham próbował je uzasadnić, ale niewiele to zmieniło. Cała sytuacja nadal sprawiała wrażenie wymuszonej i logicznie niezrozumiałej. Łudziłem się, że finał starcia sióstr będzie na tyle spektakularny, że wynagrodzi nam te braki. Niestety, nadzieja okazała się płonna.

Jak na zamknięcie 150-zeszytowej serii, „Pożegnanie” jest dziełem niezwykle skromnym. Konflikt pomiędzy siostrami zostaje rozwiązany na zaledwie kilku stronach. Podobnie potraktowano wątek Bigby’ego Wilka, który w ostatnich tomach niespodziewanie wyrósł na czarny charakter. Bigby chociaż doczekał się domknięcia swojej historii, bo o większości bohaterów „Baśni” twórcy zapomnieli, albo nie mieli na nie pomysłu. Zamknięcie głównej historii zajęło Willinghamowi niecałych 80 stron. Pozostałą część komiksu stanowią krótkie, niekiedy wręcz jednostronicowe opowiadania, poświęcone wybranym postaciom „Baśni”. Niektóre, jak choćby poświęcona politycznej karierze „Pinokia”, są udane, ale większość, nie spełnia pokładanych w nich oczekiwań. Jedną z „ofiar” scenarzysty jest Dżepetto. Dawny Adwersarz w kilku ostatnich tomach czynił starania, by odbudować swoją dawną armię i stanąć do walki o dawną władzę. Liczyłem, że w ostatni tomie stolarz mocno namiesza. Tymczasem poświęcono mu zaledwie dwie strony, a poświęcone mu opowiadanie toczy się poza główną intrygą.

Jeśli oczekiwaliście po „Pożegnaniu” fabularnych fajerwerków, zaskoczenia na miarę „Szóstego zmysłu” czy scenariuszowej ekwilibrystyki rodem z „Memento” będziecie rozczarowani. Ba, jeśli mieliście „tylko” nadzieję, na mocny finał monumentalnej serii, również obejdziecie się smakiem.

Opowiedzenie „Baśni” zajęło Billowi Willinghamowi i Markowi Buckinghamowi 13 lat. Licząca 150 zeszytów seria składa się z ponad 26 tysięcy indywidualnych paneli (czyli pojedynczych ilustracji), w których znalazło się około 102 tysiące linijek tekstu. Cykl zdobył w sumie 14 nagród Eisnera, został przetłumaczony na 14 języków i wydany w 20 krajach. Z perspektywy wydawnictwa DC Comics, „Baśnie” są więc sukcesem. Z perspektywy czytelników, sukcesem połowicznym, bo po 11 tomie cykl drastycznie obniżył loty. Ten tytuł jest przykładem tego, co może stać się z dobrym pomysłem na komiksową serię, kiedy autorzy nie zdecydują się jej w porę zakończyć. „Pożegnanie” to nie jest finał na jaki „Baśnie” zasługują, a przynajmniej na jaki zasługiwały w czasach swojej świetności. To bardzo przeciętny album, który co bardziej krewkich fanów zirytuje, innych rozczaruje, a nikogo nie zadowoli. To dzieło adresowane tylko do oddanych fanów serii, a tych – jak dowodzą wyniki sprzedaży „Baśni” – po 10 latach nie zostało już wcale tak wielu. I wcale się temu nie dziwię.

Seria „Baśnie” ukazuje się nakładem wydawnictwa Egmont.