„Avengers. Koniec gry” [RECENZJA]

11 lat po premierze „Iron Mana”, 21 premier i 18,5 miliarda dolarów w wynikach box office później rozdział w historii Marvel Cinematic Universe dobiega końca. „Avengers. Koniec gry” to zakończenie konfliktu z Thanosem, ale też czas powrotów, pożegnań i nowej nadziei.

 

AVENGERS ZBIÓRKA

Przedsięwzięciem o nazwie Marvel Cinematic Universe studio Disneya nadało ton komiksowym superprodukcjom. Wypracowana przez wytwórnię formuła połączenia w jednym filmie superbohaterów, komedii, przygody, dramatu oraz spektakularnego wizualnego widowiska okazała się przepisem na sukces. Przepisem, który sprawił, że „trykoty” stały się popularniejsze i bardziej dochodowe niż kiedykolwiek, choć z czasem, w moim przekonaniu, zmienił się w gorset ograniczający twórców.

„Iron Man” Jona Favreau z 2008 roku był wydarzeniem. Po latach utrzymywania się głównie ze sprzedaży licencji filmowych, Marvel Studios wyprodukowało pierwszy „własny” film będący jednocześnie pierwszą odsłoną świata MCU. W przeciwieństwie do DC, które wtedy święciło sukcesy za sprawą batmanowej trylogii Christophera Nolana (w 2008 roku do kin wszedł „Mroczny Rycerz”), Marvel postanowił pójść drogą wytyczoną wcześniej przez Sony trylogią o przygodach Spider-Mana wyreżyserowaną przez Sama Raimiego. Zamiast na „mroczny mrok”, który do absurdu doprowadził później Zack Snyder (wiem, wiem, są tacy, który się on podobał i podoba, szanuję, choć się nie zgadzam), studio postawiło na bezpieczną rodzinną rozrywkę – efektowną i efekciarską, dowcipną i wzruszającą, obowiązkowo dostępna dla widzów od lat 12 i do bólu politycznie poprawną.

Jak wspominałem, ten model okazał się kurą znoszącą złote jajka. Doprowadził jednak do tego, że MCU stało się kopalnią filmów generycznych. Z drobnymi wyjątkami, każda kolejna premiera cyklu była powtórzeniem wypracowanego wcześniej schematu. Owszem, inscenizacyjnie to była pierwsza klasa, ale z czasem kolejne tytuły serii zaczęły budzić we mnie coraz mniejszy entuzjazm. Nie mówię, że taki pomysł na biznes jest zły. Cykl o Jamesie Bondzie funkcjonuje na podobnej zasadzie. Różnica jest taka, że na przestrzeni ponad 50 lat agent 007 doczekał się 24 filmów, a Marvel Studios w ciągu zaledwie 11 lat nakręciło 22 produkcje poświęcone superbohaterom. Ten przesyt jest więc zrozumiały, choć – podkreślam raz jeszcze – zdecydowanie nie był on doświadczeniem większości widzów, bo ci tłumnie chodzili na kolejne komiksowe obrazy tworzone przez studio Kevina Feige’a.

 

MAM PLAN. ATAKOWAĆ!

Tym przydługim wstępem staram się uświadomić Wam, że choć na premierę „Avengers: Końca gry” bardzo czekałem, to jednak nie liczyłem, że dostanę od twórców coś więcej ponad dobrze ugotowane danie według sprawdzonego wielokrotnie przepisu. I mile się rozczarowałem. 22 odsłona MCU to film utrzymany w znanej konwencji, ale jednocześnie świeży i pełen przewrotnych pomysłów. W ciągu trzech godzin projekcji „Koniec gry” wielokrotnie mnie zaskakiwał. A to nowymi pomysłami na znanych bohaterów, a to niespodziewanymi powrotami dawno niewidzianych postaci (których nigdy się już w MCU zobaczyć nie spodziewałem), a to wreszcie inteligentnymi nawiązaniami do wcześniejszych odsłon cyklu. Najnowsza odsłona „Avengers” to film pożegnań i podsumowań. Finałowy rozdział zmagań pomiędzy siłami dobra zła, po których – co już wiemy – ma nastąpić „nowy początek” zwany „czwartą fazą” (nie licząc tegorocznego „Spider-Mana: Daleko od domu”, który jest również z trzeciej fazy, choć pierwotnie miał być pierwszą produkcją czwartej). Film, w którym superbohaterowie stają do najtrudniejszej walki w swojej historii. I po którym, nic już nie będzie takie samo.

Chylę czoła przed scenarzystami Christopherem Markusem i Stephenem McFeelym, którym udało się tę opowieść przedstawić w intrygujący sposób. Nie oszukujmy się, idąc do kina wszyscy podejrzewają jaki będzie finał filmu oraz jaki rekwizyt powinien odegrać w nim najważniejszą rolę. Jednak zanim dowiemy się czy nasze podejrzenia są słuszne, czekają nas ponad dwie godziny emocji, nieoczekiwanych zwrotów akcji, fabularnych niespodzianek i scenariuszowych fałszywych tropów, które skutecznie przykują Was do kinowego fotela.

 

MAM ARMIĘ. A MY HULKA

Nie jest „Koniec gry” filmem, do którego nie można się przyczepić. Twórcy bardzo starali się, by każdy z bohaterów miał swoją chwilę na ekranie. Jednak nie starczyło im pomysłów na każdy z tych „momentów”. W obrazie braci Russo nie brakuje więc scen umieszczonych tylko po to, żeby „było fajnie”. Trzeba jednak oddać reżyserom sprawiedliwość, że mimo trudnego czasu trwania filmu, na co wpływ miało także wspomniane wcześniej podejście twórców, „Koniec gry” ogląda się znakomicie.

Poza tym, ostatnia odsłona „Avengers” to film kilku nieznośnie ckliwych scen, superbohaterów pojawiających się w idealnym miejscu i czasie „bo tak” oraz fabularnych uproszczeń. Jednak to są tylko niewielkie nierówności, na znakomicie zaplanowanej i wybudowanej filmowej „drodze”.

 

KONIEC GRY

Jeżeli miałbym podsumować „Avengers: Koniec gry” jednym słowem, byłaby nim „satysfakcja”. Film braci Russo to dokładnie takie zwieńczenie superbohaterskiej sagi, na jakie ta opowieść zasługuje – spektakularne, pełne rozmachu, dowcipne i efekciarskie, a jednocześnie autentycznie poruszające. Analitycy przewidują, że „Koniec gry” ma szansę zdetronizować „Avatara” Jamesa Camerona na miejscu najbardziej dochodowego filmu w historii kina. Ja mam pewność, że tak się stanie. 22 produkcja spod szyldu MCU to nie tylko znakomity film, ale również dzieło wielorazowego użytku, do którego z przyjemnością będziecie wracać.