„20th Century Boys. Chłopaki z dwudziestego wieku” [RECENZJA]

Mangę czytam od czasu do czasu, ale są autorzy, którym nigdy nie odmawiam. Jednym z nich jest Naoki Urasawa, autor znakomitego „Pluto” i jeszcze lepszego „Monstera”. Kiedy więc w moje ręce wpadł pierwszy tom „Chłopaków z dwudziestego wieku”, najpopularniejszej serii w jego dorobku, z miejsca zabrałem się do lektury.

Bohaterami mangi są przyjaciele Kenji, Otcho, Yoshitsune i Maruo. Jako dzieci całe dnie spędzali w wybudowanej na peryferiach „tajnej bazie”, gdzie snuli śmiałe plany uratowania świata przed zagładą. To było jednak dawno temu. Teraz koledzy są już dorośli, a „prawdziwe” życie nie zawsze ich rozpieszcza. Kiedy jeden z ich dawnych przyjaciół popełnia samobójstwo, Kenji odkrywa, że ktoś wciela w życie snute przez niego i jego towarzyszy dziecięce fantazje. Tajemnicza sekta szykuje się do przejęcia władzy nad światem, a czwórka przyjaciół z dzieciństwa wydają się być jedynymi osobami mogącymi rozwikłać zagadkę kim jest tajemniczy „Przyjaciel”, który chce podporządkować sobie ludzkość.

„20th Century Boys. Chłopaki z dwudziestego wieku” to najpopularniejsza manga Naoki Urasawy, która rozeszła się w nakładzie ponad 36 milionów egzemplarzy. W latach 2008-2009 w Japonii powstały trzy filmy na jej podstawie, a angielskojęzyczna edycja serii została dwukrotnie uhonorowana nagrodą Eisnera. Od ponad dekady „Chłopaki z dwudziestego wieku” pojawiają się na wysokich pozycjach w różnego rodzaju zestawieniach „najlepszych mang wszech czasów” a na rynku cały czas ukazują się ich kolejne wydania.

Po przeczytaniu pierwszego tomu wcale się temu nie dziwię, bo „20th Century Boys” budzi autentyczny podziw. Fabuła mangi rozpoczyna się na początku XXI wieku po tajemniczym kataklizmie o jaki otarł się świat. Chwilę później cofa się do lat 60., kiedy poznajemy Kenjiego i jego przyjaciół jako dzieci, by zaraz przenieść się do lat 90., czasów kiedy bohaterowie są już dorośli i po raz pierwszy dowiadują się o istnieniu „Przyjaciela”. I tak jest cały czas. Naoki Urasawa snuje swoją opowieść skacząc pomiędzy dekadami powoli odsłaniając elementy rozbudowanej intrygi, a przy okazji opowiadając o przemianach jakie nastąpiły w Japonii i w życiu Japończyków w ciągu ostatnich dekad. Manga jest wypełniona cytatami i nawiązaniami do popularnych w Kraju Kwitnącej Wiśni programów, seriali, filmów, komiksów czy muzyki, a sam jej tytuł pochodzi z piosenki „20th Century Boy” brytyjskiej formacji T. Rex.

Podobnie jak „Monster” czy „Pluto”, „Chłopaki z dwudziestego wieku” są oparte na bohaterach. Każda z głównych postaci przedstawionych w mandze ma swoją przeszłość i motywację do podejmowania takich, a nie innych decyzji. Urasawa nie pędzi z akcją do przodu. Historię Kenjiego i spółki snuje w rozsądnym tempie dając sobie sporo czasu ma rozbudowanie psychologii bohaterów czyniąc ich nie tylko bardziej wiarygodnymi, ale przede wszystkim bliskich czytelnikowi.

Koncepcyjnie „Chłopaki z dwudziestego wieku” przypominają do pewnego stopnia klasyczne filmy i powieści z lat 80. i 90., w których grupa przyjaciół stawała do walki ze złem. Tak było w głośnej powieści Stephena Kinga „To”, przebojowej serii „Krzyk”, niezłym „Fright Night” Toma Hollanda czy „Straconych chłopcach” Joela Schumachera. Naoki Urasawa otwarcie odwołuje się do nostalgicznych wspomnień ze swojego dzieciństwa tworząc w „20th Century Boy” barwny, a przede wszystkim tętniący życiem świat, równie fascynujący jak zagadka tożsamości „Przyjaciela”.

Już teraz wiem, że „20th Century Boys” to na najbliższe lata (bo zapewne tyle czasu zajmie wydanie całej serii) moja lektura obowiązkowa. W tej mandze jest wszystko, czego oczekuję po dobrym komiksie – świetnie skreśleni bohaterowie, wielowątkowa intryga oraz zagadka sprawiająca, że po skończeniu pierwszego tomu z miejsca chce się sięgnąć po następny.