„X-Men: Bitwa atomu” [RECENZJA]

Album “All New X-Men: Wczorajsi X-Men” dał początek jednej z najbardziej karkołomnych historii superbohaterskich ostatnich lat. W komiksowych kadrach spotkali się mutanci pochodzący z różnych czasów, co stało się początkiem olbrzymiego zamieszania. Crossover „X-Men: Bitwa atomu” dodatkowo je komplikuje.

Wszystko zaczęło się od Hanka McCoya. Chcąc zapobiec nieuchronnej wojnie pomiędzy ludźmi i mutantami zdecydował się na sprowadzenie do swoich czasów młodszych wersji najsłynniejszych mutantów, w tym samego siebie. Miał nadzieję, że ich idealizm oraz zaangażowanie pomogą odmienić bieg historii. Konsekwencje jego decyzji okazały się jednak nieprzewidywalne w skutkach. I z tymi konsekwencjami zmierzyć się muszą bohaterowie „Bitwy Atomu”, crossoveru, w którym spotykają się bohaterowie komiksowych serii „All New X-Men”, „Uncanny X-Men” oraz „Wolverine i X-Men”. Ich przeciwnikami tym razem są przybysze z… przyszłości.

Spotkanie z 10-zeszytową (ponad 200 stron) „Bitwą Atomu” było dla mnie ciężkim doświadczeniem. Z początku podszedłem do tej karkołomnej historii z optymizmem. Nie oczekiwałem arcydzieła, ale liczyłem, że scenarzyści tej klasy co Brian Michael Bendis, Brian Wood i Jason Aaron wykorzystają szalony pomysł zderzenia w jednym albumie trzech „pokoleń” X-Men, do stworzenia dowcipnej i ironicznej opowieści skrzącej się soczystymi dialogami i „one-linerami”. I za Boga nie rozumiem, dlaczego tego nie zrobili.

„Bitwa Atomu” bardzo szybko zaczyna najpierw chwiać się, a później walić pod własnym ciężarem. Brawurowy pomysł, na którym oparta jest intryga komiksu, tonie w gąszczu czerstwych tekstów, bezsensownych decyzji i ogólnego chaosu. Scenariusz jest dziurawy jak ser szwajcarski. Wydarzeniom brakuje logicznych konsekwencji. Następują po sobie tylko i wyłącznie dlatego, że tak zostały napisane. Mutanci co chwila walczą ze sobą albo przed sobą uciekają, w tzw. „międzyczasie” przerzucając się oskarżeniami o to kto zaczął (bitch, please).

Komiks bardzo szybko staje się męczący. Ciągłe podróże w czasie, mnożenie postaci i superbohaterskich bohaterów nie daje finalnie „spektakularnej superprodukcji”, na jaką liczyli twórcy, a jedynie ciężkostrawną, a przede wszystkim nudną i rozwlekłą opowieść, której docenienie będzie wyzwaniem nawet dla najbardziej zagorzałych fanów X-Men.

Na koniec mała uwaga do tłumacza. Słowo „dysfunkcyjny” w języku polskim ma nieco inne znaczenie niż w angielskim. A dosłowny jego przekład mści się takimi kwiatkami jak „dysfunkcyjna chwała”, o której w pewnym momencie wspomina Beast. I ten zwrot, chyba najbardziej utkwił mi w pamięci z całego komiksu. 🙂

Komiks „X-Men: Bitwa atomu” ukazał się nakładem wydawnictwa Egmont.

.