„Thor Gromowładny: Boża bomba” [RECENZJA]

Fanem Thora nie jestem, a po serię „Thor Gromowładny” sięgnąłem głównie ze względu na osobę jej scenarzysty Jasona Aarona, autora znakomitego „Skalpu”. I zostałem ile zaskoczony. Pierwszy tom cyklu, łączący superbohaterską nawalankę z kryminalną intrygą, okazał się bowiem na tyle dobry, że premiery kolejnego wypatrywałem już z niecierpliwością. I się rozczarowałem.

Przypadkowe znalezienie przez Thora ciała martwego boga staje się początkiem walki, która trwać będzie tysiące lat i pochłonie tysiące istnień. Gorr Bogobójca od wieków zabija bogów realizując okrutną misję. Próba powstrzymania go przez Thora kończy fiaskiem, ale walka wciąż trwa. Tysiące lat później, w odległej przyszłości, wyzwanie podejmuje trzech Thorów pochodzących z trzech różnych czasów. Eksplozja budowanej przez 900 lat bożej bomby ma zniszczyć wszystkie bóstwa w całym wszechświecie. Czy trzech władców gromów dzierżących swoje Mjolniry zdoła zapobiec tragedii?

„Bogobójca”, czyli pierwszy tom serii „Thor Gromowładny”, był jednym z nielicznych komiksów superbohaterskich, w których od efektownych scen walk ważniejsza była intryga. Scenariusz był oryginalny i obfitował w liczne niespodzianki, a tom kończył się fantastycznym cliffhangerem dającym nadzieję na to, że jego kontynuacja będzie jeszcze lepsza. Niestety, tak się nie stało, ponieważ Jason Aaron nie wykorzystał potencjału drzemiącego w jego karkołomnym pomyśle.

Interakcja pomiędzy trzema Thorami, która mogła być przyczynkiem do stworzenia fantastycznych dialogów czy absurdalnych żartów, w „Bożej bombie” ogranicza się do kolejnych potyczek i mnożenia sucharowych żartów o beczkach piwa. Swój urok traci również Gorr Bogobójca, który po tym jak poznajemy motywy jego vendetty przeciw bogom, staje się kolejnym sztampowym komiksowym czarnym charakterem. Jest jeszcze tytułowa boża bomba, pomysł tak absurdalny, że potraktowanie go serio uczyniłoby komiks niestrawnym. Na szczęście, Jason Aaron jest zbyt doświadczonym autorem, by popełnić taki błąd. W „Bożej bombie”, w przeciwieństwie do „Bogobójcy”, nie brakuje humoru. Dialogi nie są tak błyskotliwe jak mogłoby być, ale konfrontacja Thorów z Gorrem opowiedziana została ze zdrowym dystansem, dzięki czemu możemy m.in. podziwiać Thora ujeżdżającego gwiezdnego rekina.

W „Bożej bombie” Aaron próbuje filozofować na temat znaczenia bóstw i tego czy bez nich nasze życie byłoby lepsze. Argumenty, jakie przytacza, są na poziomie gimnazjum i trudno je traktować poważnie. Jednak to nie dialogi są w tym albumie najważniejsze. Drugi tom „Thora Gromowładnego”, to rasowy komiks akcji, wypełniony szybką akcją, superbohaterskimi potyczkami i potężnymi eksplozjami.

Za stronę graficzną odpowiedzialni są tym razem dwa rysownicy: znany z „Bogobójcy” i wydanego niedawno „Lokiego” Esad Ribic oraz Amerykanin Jackson „Butch” Guice, który w swojej karierze współtworzył przygody takich postaci jak Superman, Aquaman, Iron Man czy drużyna X-Men. Rysunkowo „Boża bomba” nie rozczarowuje, a na tle innych historii publikowanych pod szyldem Marvel Now nawet wyróżnia się na plus. Ribic znakomicie radzi sobie ze scenami walk, których w komiksie jest nadzwyczaj dużo. Jego kadry są dynamiczne, ciekawie zakomponowane i, jak na superbohaterów przystało, odpowiednio efekciarskie.

„Boża bomba” nie jest komiksem złym, ale nie jest tak dobrym jak mógłby być. Intrygująco zapowiadająca się opowieść w drugim tomie zmienia się w typową superbohaterską historię o herosach ratujących świat. Humor i dystans z jakimi ją opowiedziano czynią z „Bożej bomby” lekturę sympatyczną, ale na pewno nie wyjątkową.

Seria „Thor Gromowładny” ukazuje się nakładem wydawnictwa Egmont.

.