„Spider-Man: Władza” [RECENZJA]

Kiedy w 2006 roku wydawnictwo Marvel wprowadzało na rynek pierwszy zeszyt miniserii „Spider-Man: Władza”, zapowiadało go jako swoją odpowiedź na „Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera. Oba tytuły faktycznie mają ze sobą wiele wspólnego, ale jeszcze więcej je różni. Choćby to, że jeden jest wybitny, a drugi nie.

Akcja komiksu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Nowy Jork jest miastem wolnym od superbohaterów i superzłoczyńców, rządzonym przez burmistrza-dyktatora wspieranego przez brutalne bojówki. Peter Parker jest już stary, a czasy kiedy w czerwono-niebieskim kostiumie pilnował porządku na ulicach, przeszły do historii. Jednak Nowy Jork i jego mieszkańcy potrzebują swojego superbohatera, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Kiedy w domu Parkera pojawia się dawny oponent J. Jonah Jameson, odżywają dawne wspomnienia. Po latach nieobecności Spider-Man powraca na ulice miasta przywracając nadzieję jego mieszkańcom. Wraz z nim powracają starzy wrogowie.

Premiera „Powrotu Mrocznego Rycerza” w 1986 roku była w komiksowym światku niczym trzęsienie ziemi. Frank Miller przedstawił czytelnikom mroczną historię starzejącego się Bruce’a Wayne’a, który po długiej przerwie powraca na ulice Gotham by jako Batman kontynuować swoją krucjatę przeciwko przestępczości W interpretacji Millera Mroczny Rycerz jest daleki od doskonałości. Zmęczony życiem walczy nie tylko ze złem, ale przede wszystkim z własnymi słabościami, a wszystko to dzieje w, którym superbohaterowie w większości przeszli już do historii.

„Powrót Mrocznego Rycerza” i „Watchmen: Strażnicy” zapoczątkowali trwają do dziś „Współczesną Erę Komiksu” nazywaną również „Mroczną Erą Komiksu”. Pod wpływem dzieł Franka Millera i Alana Moore’a opowieści obrazkowe zaludniły się antybohaterami, stały się brutalniejsze a ich twórcy zaczęli mierzyć się ze znacznie poważniejszymi tematami niż wymyślanie kolejnych, coraz bardziej absurdalnych przeciwników dla ulubionych superbohaterów.

„Spider-Man: Władza” powtarza pomysł Millera z „Powrotu Mrocznego Rycerza”. Problem w tym, że nie dodaje do niego nic nowego. Dzieło scenarzysty i rysownika Kaare’a Andrewsa jest jedynie mało oryginalną próbą zdyskontowania sukcesu „Powrotu Mrocznego Rycerza”. Szkoda, bo są w tym komiksie sceny i kadry pokazujące, że w tej historii jest potencjał. Jednym z nich jest wątek relacji Parkera i Mary Jane. Ukochana Spider-Mana od wielu lat nie żyje, ale superbohater nie potrafi pogodzić się z jej odejściem, za które czuje się odpowiedzialny. Supermoce Parkera w interpretacji Andrewsa stają się nie darem, ale przekleństwem. Szkoda, że autor nie zdecydował się na zbudowaniu fabuły w oparciu o ten wątek, bo jest on zdecydowanie najciekawszy z całego komiksu.

Jako rewizjonistyczna opowieść o starym superbohaterze konfrontującym się dawnymi wrogami „Spider-Man: Władza” rozczarowuje. W scenariuszu Kaare’a Andrewsa nie brakuje sztampowych rozwiązań, ale brakuje pomysłów na wykorzystanie wszystkich z pojawiających się w kadrach arcyzłoczyńców. Z tych ostatnich najciekawiej prezentuje się Doktor Octopus, a jego rola w historii jest kolejnym wątkiem, który mógł stać się podstawą intrygującej, oryginalnej opowieści.

Kaare Andrews być może chciał, by „Spider-Man: Władza” był dla Pajęczaka tym czym „Powrót Mrocznego Rycerza” dla Batmana. Jednak nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Nie wystarczy wziąć podobnego pomysłu, uzupełnić go komentarze dotyczące aktualnej sytuacji w kraju (w tym przypadku do rzeczywistości po zamachach z 11 września) i przedstawić go w mrocznych, artystycznie wyrafinowanych kadrach, by stworzyć kolejne arcydzieło. Album Kaare’a Andrewsa to klasyczny epigonizm. Niepozbawiony dobrych momentów i kilku ciekawych pomysłów, ale wtórny i odtwórczy wobec jednego z najbardziej znaczących komiksów w historii medium.