„Nieskończoność” Hickman i inni [RECENZJA]

Swoją popularność komiks, jako medium, zawdzięcza superbohaterom. To opowieści o przygodach herosów w trykotach uczyniły z obrazkowych historii fenomen wart dziś miliardy dolarów. Kiedy jednak czytam takie rzeczy jak „Nieskończoność”, zawsze się zastanawiam, „jak to się do cholery stało?”.

Wszechświatowi grozi zakłada. Jego twórcy, starożytna rasa Budowniczych przystąpiła do systematycznego niszczenia swojego dzieła. Drużyna Avengers pod wodzą Kapitana Ameryki wyrusza w kosmos, by przyłączyć się do galaktycznej koalicji walczącej z agresorami. Nieobecność superbohaterów wykorzystuje Thanos, który na czele swojej armii przypuszcza bezlitosny atak na Ziemię. Odpowiedzialny za jej obronę Iron Man ma przed sobą trudne zadanie, bowiem w tym samym czasie wybucha wojna pomiędzy Wakandą i Atlantydą, a Czarna Pantera i Namor stają się zapiekłymi wrogami.

„Nieskończoność” to monumentalny, rozpisany na kilkadziesiąt komiksowych zeszytów crossover zaprojektowany przez scenarzystę Jonathana Hickmana. Nakładem Egmontu ukazało się w sumie 6 albumów zbierających większość z nich: „Avengers. Preludium nieskończoności”, „Nieskończoność”, „Avengers. Nieskończoność”, „New Avengers. Nieskończoność”, „Thunderbolts. Nieskończoność” oraz „Strażnicy Galaktyki. Nieskończoność”. To blisko 1000 stron komiksowych stron, które… niczym was nie zaskoczą.

„Nieskończoność” jest jednym z tych tytułów, których nie musicie czytać, żeby wiedzieć o czym są. Wystarczy krótki opis na ostatniej stronie okładki. Wszystko w nim jest bowiem schematyczne, zupełnie jakby Hickman i jego współpracownicy tworzyli go na podstawie excelowej tabelki: wielki przeciwnik – „jest”, zagrożenie wszechświata – „jest”, konflikt pomiędzy superbohaterami – „jest”, nieoczekiwana zdrada – „jest”, patos i amerykańskie wartości – „są”, kompletny brak poczucia humoru – „jest” (choć nie we wszystkich częściach). Rozmach z jakim przedstawiono historię konfliktu jest imponujący. Akcja crossoveru dzieje się na różnych planetach i ociera się o różne wymiary. Nie brakuje w niej zarówno superbohaterskiej nawalanki jaki i wielkich kosmicznych bitew. Problem w tym, że im bardziej zagłębiamy się w tę historię, tym bardziej staje się ona przewidywalna, wtórna, a co za tym idzie nużąca.

Graficznie crossover również niczym nie zaskakuje. „Nieskończoność” opowiedziana jest za pomocą realistycznych, efekciarskich rysunków typowych dla mainstremowych produkcji Marvela. Budzą podziw dla umiejętności twórców, ale na tle podobnych komiksów, nie wyróżniają się niczym szczególnym.

Do tej pory narzekałem, a teraz będę chwalił. Bo choć „Nieskończoność” jest dziełem dalekim od doskonałości, to ma jednak kilka atutów. Pierwszym z nich jest tom o przygodach drużyny antybohaterów Thunderbolts. Po bardzo słabych „Bez pardonu” oraz „Czerwonym postrachu” Punisher i spółka doczekali się najlepszego, jak na razie, komiksu o swoich przygodach. Nie jest to arcydzieło, ale scenariusze Charlesa Soule’a są sprawnie napisane i nie brakuje w nich humoru, a kanciaste i przerysowane kadry Phila Noto, Jefte’a Palo i Gabriela Hernandeza Walta’y cieszą oko (choć bez przesady). Drugim plusem „Nieskończoności” są „Strażnicy Galaktyki”. Co prawda historia powiązana z crossoverem jest do bani, ale w tym samym albumie znajdziecie znakomitą, dowcipną nowelkę „Ogonopowieść” napisaną i narysowaną (we współpracy z Jakem Parkerem) przez niezrównanego Skottiego Younga.

„Nieskończoność” to nie jest dobry komiks. Mimo rozmachu i efekciarstwa kryjącego się w jego kadrach, pozostaje bardzo przeciętną i do bólu wtórną opowieścią superbohaterską. Jeśli nie jesteście zapiekłymi fanami „trykotów”, możecie ją sobie odpuścić.

.