„Miesiąc miodowy na safari” [RECENZJA]

Raz na jakiś czas trafiają do moich rąk komiksy, nazwijmy je, „dziwne”. Najczęściej są to średnie dzieła, których twórcy próbują innością przykryć przeciętność swojej pracy. Rzadko zdarzają się wśród nich wydawnictwa działające na odbiorcę jak narkotyk. Hipnotycznie przykuwające do siebie uwagę i nie pozwalające o sobie zapomnieć. Takim właśnie komiksem jest „Miesiąc miodowy na safari” Jessego Jacobsa.

Wydawca na ostatniej stronie okładki zwraca uwagę, że Jacobs pracował przy realizacji popularnego serialu animowanego „Pora na przygodę”. To, oczywiście cenna uwaga, tym bardziej, że w „Miesiącu miodowym na safari” znajdziemy podobnie absurdalny humor, któremu swoją popularność zawdzięcza sztandarowa produkcja Cartoon Network. Jednak Jesse Jacobs jest przede wszystkim komiksiarzem. Autorem mającym na swoim koncie kilka dobrze przyjętych „oficjalnych” albumów jak również znacznie więcej prac wydanych własnym sumptem. Wspominam o nich dlatego, że „Miesiąc miodowy na safari” jest kontynuacją jego twórczego rozwoju, a w komisie – zarówno w warstwie fabularnej jak i graficznej – powracają motywy i rozwiązania znane z jego wcześniejszych dzieł.

Oficjalnie Jacobs zadebiutował w 2011 roku zaledwie trzykolorowym albumem „Even the Giants” – zbiorem kameralnych opowieści o Arktyce. Na to wydawnictwo warto spojrzeć jako na pewien rodzaj manifestu, bowiem kolejne prace kanadyjskiego artysty kontynuują przedstawione w nim rozwiązania graficzne i fabularne. W 2012 roku Jacobs powrócił komiksem „By This Shall You Know”. Był to kolejny zbiór przeplatających się ze sobą historii, których wspólnym mianownikiem było demiurgiczne tworzenie nowych bytów. Tam autor po raz kolejny połączył nieskomplikowaną fabułę z drobiazgową i zachwycającą kreatywnością warstwą graficzną. Na podobnym rozwiązaniu opiera się „Miesiąc miodowy na safari”.

Komiks wydany po raz pierwszy w 2014 roku jest opowieścią o młodym małżeństwie (on wiekowy, ale bogaty, ona znacznie od niego młodsza) spędzającym swój miesiąc miodowy na szczególnym safari w towarzystwie jeszcze bardziej szczególnego przewodnika. Otoczenie w jakim się znajdują nie przypomina scenografii z jaką najczęściej kojarzy się „tużpoślubne” wakacje nowożeńców. Dżungla w jakiej „odpoczywają” bohaterowie pełna jest niebezpieczeństw, groźnych zwierząt i pasożytów, a każdy spędzony w niej dzień jest bezkompromisową walką o przetrwanie.

Scenariusz komiksu, co już wspomniałem wcześniej, nie jest specjalnie rozbudowany ani skomplikowany. To dość prosta historia przygodowa z oczywistym przesłaniem, że przyszłość człowieka zależy od jego integracji z naturą. To, co czyni „Miesiąc miodowy na safari” dziełem wyjątkowym jest jego wykonanie. Perypetie trojga bohaterów pełne są absurdalnego humoru czyniącego lekturę albumu lekką i przyjemną. Jednak najważniejsze są rysunki.

W kadrach „Miesiąca miodowego” Jessemu Jacobsowi udało się wykreować autonomiczny świat, który jednocześnie fascynuje i przeraża. Z drobiazgową dokładnością kanadyjski artysta zaludnił strony swojego komiksu najbardziej nieprawdopodobnymi stworzeniami. Czytelnicy znający wcześniejsze jego prace, dostrzegą w nich wiele podobieństw do istot przedstawionych wcześniej w „By This Shall You Know”, którego „Miesiąc miodowy na safari” jest twórczą quasi-kontynuacją.

Rysunki Jacobsa, przywodzące na myśl prace Charlesa Burnsa czy Jima Woodringa mają nieco narkotyczny posmak, a jego graficzne wizje hipnotyczną siłę oddziaływania na czytelników. Być może z racji swojej inności „Miesiąc miodowy na safari” nie znajdzie się w gronie waszych ulubionych komiksowych premier tego roku, ale na pewno będzie jedną z niezapomnianych.

Komiks „Miesiąc miodowy na safari” ukazał się nakładem wydawnictwa Kultura Gniewu.

.