„Kosmiczne rupiecie” Thompson [RECENZJA]

Craig Thompson, autor autobiograficznego „Blankets. Pod śnieżną kołderką” oraz orientalnego „Habibi” powrócił w zaskakującym stylu. „Kosmiczne rupiecie” to pierwszy w jego dorobku komiks science fiction, pierwszy adresowany do młodszych czytelników i pierwszy w pełnym kolorze.

Fiolet, dziewczynka z dalekiej przyszłości, mieszka wraz z rodzicami w kosmicznej przyczepie wiodąc spokojne i szczęśliwe życie. Tajemnicze zaginięcie jej ojca staje się początkiem kłopotów, ale i wielkiej przygody. W towarzystwie genialnego kurczaka Elliota i ekscentrycznego Zacheusza nastolatka wyrusza na ratunek ojcu w najdalsze krańce kosmosu. Kosmosu, w którym statki kosmiczne wyglądają jak hamburgery, odchody wielorybów służą za paliwo rakietowe, a branża modowa wciąż jest jedną z najważniejszych gałęzi przemysłu.

W swoich wcześniejszych dziełach Craig Thompson przyzwyczaił nas do monumentalnych, wzruszających i bardzo osobistych historii. W „Blankets”, opowieści o pierwszej miłości, zmierzył się z własnym dzieciństwem i konsekwencjami surowego wychowania w ewangelickiej rodzinie. W „Habibi” przedstawił swoje poglądy na temat relacji pomiędzy światami chrześcijańskim i islamskim, różnic pomiędzy sytymi Europą i Stanami a krajami trzeciego świata oraz nieustającej rywalizacji w dostępie do bogactw naturalnych. Oba dzieła przyniosły Thompsonowi w sumie 3 nagrody Eisnera oraz cztery nagrody Harveya i zapewniły mu pozycję współczesnego klasyka komiksu.

„Kosmiczne rupiecie” to pierwszy w karierze artysty album adresowany do młodszego czytelnika. Ambicją Thompsona było stworzenie powieści graficznej posiadającej atuty najlepszych filmów studia Pixar – zabawnej i intrygującej dla dzieci oraz wystarczająco poważnej, by zainteresować ich rodziców. Niestety, tego ambitnego planu nie udało mu się zrealizować.

Najnowsze dzieło Thompsona ma wiele atutów. W „Kosmicznych rupieciach” znajdziemy fantastycznych bohaterów, barwne i oryginalne uniwersum oraz mnóstwo humoru, w różnych jego odmianach. Nie udało się jednak autorowi uczynić z nich spójnego dzieła. Historia przygód Fiolet została opowiedziana na ponad 300 stronach, ale tych nie czyta się jednym tchem. Są w „Kosmicznych rupieciach” fragmenty, które się „połyka”, a są i takie, przy których miałem wrażenie, że powstały tylko i wyłącznie dlatego, żeby Thompson mógł stworzyć do nich fantastyczny rysunek. Niektórzy krytycy zarzucili komiksowi, że jest błahy. Z tym nie mogę się zgodzić. „Kosmiczne rupiecie” nie są dziełem tak głębokim jak „Blankets” i „Habibi”, ale też nigdy takim być nie miały. To lekka opowieść, w której pobrzmiewają echa „Autostopem przez galaktykę” i „Fizi Pończoszanki”, ale nie banalna. Mimo fantastycznej otoczki, to historia o rodzinie, miłości i niezłomności, słowem, o rzeczach dla każdego ważnych.

To, co czyni „Kosmiczne rupiecie” komiksem wyjątkowym są rysunki. Craig Thomspon we współpracy z uhonorowanym 9 nagrodami Eisnera kolorystą Dave’em Stewartem („B.B.P.O.”, „Hellboy”), stworzyli plansze zachwycające zarówno bogactwem detali jak i pełnymi życia kolorami. Thompson swobodnie operuje kadrami żonglując ich wielkością, kształtem oraz kompozycją. Czytając „Kosmiczne rupiecie” cały czas towarzyszyć wam będzie uczucie, że jego twórcy doskonale bawili się podczas tworzenia albumu. Komiksowe kadry pełne są życia i humoru, choć często dominują nad warstwą fabularną.

Mimo niedociągnięć, „Komiksowe rupiecie” nie są komiksem złym. Są dziełem zupełnie innym niż wcześniejsze dokonana Craiga Thompsona. Fabularnie lżejsze i rozbuchane graficznie cieszą oko, choć scenariuszowo pozostawiają niedosyt. Młodsi czytelnicy z całą pewnością je docenią. A starsi? Starsi też przeczytają z przyjemnością, choć będą żałować niewykorzystanego potencjału tkwiącego w bohaterach jak i barwnym uniwersum.

Album „Kosmiczne rupiecie” ukazał się nakładem wydawnictwa Timof Comics.