„Komiksy superbohaterskie są dla dzieci” – wywiad z Davem McKeanem

O słabościach komiksów superbohaterskich, fascynacji Bogiem oraz miłości do twórczości Franciszka Starowieyskiego rozmawiam z Davem McKeanem, współtwórcą „Azylu Arkham” i autorem niezapomnianych okładek do komiksów z serii „Sandman”. Artysta był gościem tegorocznego festiwalu Komiksowa Warszawa, gdzie miała miejsce premiera jego monumentalnej powieści graficznej „Klatki”.

.

Marcin Kamiński: Wspomniał Pan kiedyś, że „Klatki” są efektem rozczarowania jakim okazała się dla Pana współpraca z wydawnictwem DC Comics przy „Azylu Arkham” oraz „Czarnej Orchidei”. Na czym polegało to rozczarowanie? Oba albumy uznawana są przecież za udane, a „Azyl Arkham” pozostaje od lat jednym z najważniejszych komiksów o Batmanie.

Dave McKean: Po przygodzie jaką była współpraca z DC Comics, zapragnąłem stworzyć historię, w którą sam bym uwierzył. Z komiksem superbohaterskim, jako gatunkiem, mam jeden podstawowy problem. Praca nad tymi albumami była fantastyczna. Wspólnie z Neilem Gaimanem i Grantem Morrisonem staraliśmy się wprowadzić do tego gatunku coś nowego, coś, czego czytelnicy jeszcze nie widzieli. Problem w tym, że wszystkie nasze śmiałe pomysły opierały się na bardzo wątłym fundamencie jakim jest człowiek przebrany za nietoperza. Ten element sprawia, że nie potrafię traktować tych opowieści poważnie. Według mnie, wszystkie komiksy superbohaterskie są dla dzieci. To one najlepiej bawią się podczas ich czytania i one najbardziej je doceniają. Pamiętajmy, że takie też są korzenie komiksu. Opowieści obrazkowe narodziły się jako wydawnictwa dla dzieci, a świat o jakim opowiadają jest prosty i pełen jednowymiarowych bohaterów. Komiksy o superbohaterach nie sprawdzają się przy okazji opowiadania skomplikowanych, zniuansowanych i wielowymiarowych historii. To samo tyczy się poświęconych im filmów. Kiedy je oglądam zawsze mam poczucie, że aktor odtwarzający główną rolę czuje się zakłopotany faktem, że musi nosić maskę. Opowieści superbohaterskie to błahostki, a ja  od pewnego momentu nie chciałem się już nimi zajmować. „Klatki” zacząłem tworzyć, bo zapragnąłem opowiedzieć o tym, co mnie interesuje. Wykreować prawdziwą historię z prawdziwymi bohaterami oraz intrygą, która miałaby znaczenie.

Czy mógłby Pan opowiedzieć jak wyglądała Pana współpraca z DC Comics. Czy to rozczarowanie, o którym Pan wspomina, było efektem tego, że wydawnictwo nie akceptowało Pana pomysłów?

Nie, nic takiego nie miało miejsca. Mieliśmy pełną wolność artystyczną. Pod tym względem trafiliśmy na idealny moment. Sprzedaż komiksów spadała na łeb na szyję i w wydawnictwie nikt nie wiedział jak ten trend odwrócić. Szefowie DC Comics byli gotowi na bardzo wiele, by uratować wydawnictwo przed plajtą. I zaproponowali współpracę nam – aroganckim, wychowanym na popkulturze Brytyjczykom przekonanym, że do nich należy przyszłość. Dla amerykańskich wydawców kontakt z nami był jak wizyta w innym świecie. Kiedy zaczynałem projektować okładki do „Sandmana”, mój wydawca nie mógł zrozumieć, że nie umieszczam na nich postaci głównego bohatera. Był przekonany, że mimo wielkiego tytułu na pierwszej stronie czytelnicy nie będą wiedzieli, że mają do czynienia z serią „Sandman”. Teraz to się wydaje zabawne, ale wtedy zgoda na te okładki, była ze strony DC Comics aktem niezwykłej odwagi. Na przełomie lat 80. i 90. DC Comics było firmą bardzo otwartą, pozwalającą na realizację nawet najbardziej szalonych pomysłów. Choć wydaje mi się, że wynikało to z faktu, że nie mieli innego wyjścia. Jak wspominałem, sprzedaż komiksów była wtedy fatalna. Znakomicie natomiast sprzedawały się wszystkie historie tworzone przez Alana Moore’a. Między innymi dlatego, że znajdowały czytelników wśród ludzi, którzy wcześniej z komiksami nie chcieli mieć nic wspólnego. Wydawcy sami zachęcali więc twórców, żeby ci pisali i rysowali jeszcze więcej „dziwnych rzeczy”, bo jest na niej popyt. Ta sytuacja trwała jednak tylko kilka lat. W połowie lat 90. polityka wydawnictwa zaczęła się zmieniać i wiedziałem, że mój czas w DC Comics dobiegł końca.

Początkowo „Klatki” miały być zbiorem krótkich historii. Co sprawiło, że zmieniły się w monumentalną liczącą ponad 500 stron powieść graficzną?

W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że wszystkie opowiadane przeze mnie historie rozgrywają się w bardzo podobnym świecie. W rzeczywistości, w której pobrzmiewają echa twórczości Franza Kafki, wypełnionej starymi budynkami i nietypowymi postaciami. Co więcej, były podobne również fabularnie. Każda z nich opowiadała o człowieku uwięzionym we własnej, mentalnej klatce i jego walce o uwolnienie z niej. Walce, która najczęściej kończyła się rozczarowaniem, bo po wydostaniu się z klatki bohaterowie odkrywali, że była ona jedną z wielu. Kiedy zdałem sobie sprawę z tych podobieństw, uznałem, że te wszystkie postaci mogłyby się znać, a nawet być sąsiadami.

Aż 6 lat zajęło Panu ukończenie „Klatek”. Dlaczego tak długo?

Rzeczywiście, długo to trwało, ale przez ten czas nie zajmowałem się tylko „Klatkami”. Równolegle pracowałem nad innymi projektami, które często stawały się ważniejsze od mojego komiksu, choćby dlatego, że były płatne. Po drodze doszły jeszcze problemy z wydawnictwem. Zatem złożyło się na to wiele czynników.

W „Klatkach” poświęca Pan wiele miejsca wierze i Bogu. To zaskakujące, ponieważ jest Pan ateistą. Z lektury „Klatek” wynika, że choć nie wierzy Pan w Boga, to jednak bardzo się nim interesuje.

Dokładnie tak jest. Interesują się Bogiem i religią, również ze względu na wspaniałe historie jakie są przedstawione w Biblii. Osobiście wierzę, że każdy z nas tworzy swojego własnego Boga. Według mnie to nie Bóg tworzy ludzi, tylko ludzie Bogów. Bogów, którzy towarzyszą nam w każdej sekundzie życia. To dzięki nim wstajemy co rano z łóżek i znajdujemy w sobie siłę i chęć do działania. Jednak ich obecność nie ma dla mnie podłoża w żadnej z religii. Są efektem ludzkiej kreatywności. Bóg kilkakrotnie pojawia się w „Klatkach”. Mnie osobiście najbardziej podoba się jego wersja pojawiająca się pod koniec komiksu, towarzysząca dziewczynie, w której zakochuje się Leo Sabarsky. Przedstawiłem go jako biurokratę, który troszczy się o swoją „podopieczną”, ale ponieważ ona w niego nie wierzy, to nie ma zbyt wiele do roboty.

Wspominał Pan kiedyś, że chciałby zrealizować film animowany na podstawie „Klatek”. Czy ten pomysł jest wciąż aktualny?

Niestety, nie. Dwukrotnie próbowałem nakręcić ten film. I dwa razy poległem. Choć za drugim razem wydawało mi się, że wszystko jest na dobrej drodze, by ta produkcja powstała. Napisałem scenariusz, w którym nieco zmodyfikowałem fabułę komiksu. Byłem z niego i z tych zmian bardzo zadowolony. Niestety, nie wyszło. Bardzo żałuję.

A „Sygnał do szumu”? Ten komiks również chciał Pan zekranizować.

To prawda, ale również i w tym przypadku się nie udało. Choć także było bardzo blisko. Miałem już producenta i odtwórcę głównej roli, którym był Alfred Molina. Na festiwalu filmowym w Rzymie przedstawialiśmy „Sygnał do szumu” jako gotowy projekt i szukaliśmy pieniędzy na jego realizację. Zrobiliśmy nawet zdjęcia próbne. Niestety, mimo, iż nie była to kosztowna produkcja, również i tym razem nie udało nam się nakręcić filmu.

Wśród artystów, których twórczość uznaje Pan na źródło swoich inspiracji, na jednym z pierwszych miejsc wymienia Pan Franciszka Starowieyskiego, polskiego malarza, rysownika, scenografa oraz autora plakatów. Skąd fascynacja tym właśnie artystą?

Rzeczywiście, jestem wielbicielem twórczości Franciszka Starowieyskiego. Jego prace poznałem dzięki plakatom filmowym, na które natknąłem się w latach 70. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nie tylko prace Franciszka Starowieyskiego, ale również Jana Lenicy, Rafała Olbińskiego i Andrzeja Pągowskiego. Dzięki tym plakatom zainteresowałem się także polską kinematografią. Bardzo cenię sobie filmy Wojciecha Jerzego Hasa, Lecha Majewskiego, Romana Polańskiego i Andrzeja Wajdy. To przykre, że na polskich ulicach nie ma już takich plakatów. To była prawdziwa sztuka dostępna dla każdego.

W swojej twórczości korzysta Pan z różnych technik: rysunku, malarstwa, rzeźby, filmu, fotografii. Ta lista jest bardzo długa. W jaki sposób podejmuje Pan decyzje w jakiej technice wykonać daną pracę?

Ich początek tkwi zawsze w pomyśle wyjściowym. Jeśli mam opowiedzieć historię, staram się znaleźć formę pozwalającą na jak najlepsze jej przedstawienie. Kilka lat temu nakręciłem film zatytułowany „Luna”. Pierwotnie chciałem przedstawić tę historię w formie książki. Pracując nad nią słuchałem sporo muzyki, która tak bardzo połączyła się z fabułą, że uznałem, iż musi się w niej znaleźć. Wtedy też zrezygnowałem z pisania książki, a zacząłem pisać scenariusz filmu. Komiksy są bardzo wdzięcznym rodzajem twórczości, bo najczęściej wiele się w nich dzieje i jest w nich sporo emocji. Ich odwzorowanie stwarza wiele artystycznych okazji do połączenia w jednej książce wielu różnych technik. Współczesna technologia dała twórcom wiele fantastycznych narzędzi, a ja staram się z nich korzystać jak najpełniej.

Czy mógłby mi Pan powiedzieć na jakim etapie są prace nad „Caligaro”, komiksową adaptacją klasycznego niemego filmu z 1920 roku „Gabinet doktora Caligari” w reżyserii Roberta Wiene’a. Prace nad tym projektem rozpoczął Pan już kilka lat temu.

Rzeczywiście, pracuję nad tym dłużej niż planowałem, ale podobnie jak przy „Klatkach”, pracuję jednocześnie nad kilkoma projektami. Myślę, że za rok, dwa ten komiks ujrzy światło dzienne. Jak na razie jestem z niego bardzo zadowolony. Paradoksalnie, przeciągające się prace uczyniły go lepszym. „Caligaro” narodził się jako adaptacja niemego filmu. Z czasem jednak stał się czymś innym, ciekawszym. W przeciągu kilku ostatnich lat rzeczywistość w jakiej żyjemy drastycznie się zmieniła. W moim życiu pojawiły się lęk i strach, których wcześniej tak bardzo nie odczuwałem. Te emocje znakomicie wpasowały się w fabułę komiksu. Mam poczucie, że znalazłem się w podobnym stanie ducha w jakim byli autorzy scenariusza „Gabinetu doktora Caligari”, którzy nad swoim dziełem pracowali w Niemczech w latach 20. ubiegłego wieku, w czasach rodzącego się faszyzmu.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

.

Autorką zdjęć Dave’a McKeana jest Kamila Kowerska, której bardzo dziękuję za to, że zechciała się nimi podzielić.