„Klatki” [RECENZJA]

Dave McKean, współtwórca głośnego „Azylu Arkham” i autor niezapomnianych okładek do serii „Sandman” Neila Gaimana, mówi o „Klatkach”, że to pierwsze dzieło, które w stu procentach jest jego. Bezkompromisowa, monumentalna powieść graficzna łącząca obyczajową intrygę z filozofią, polskiej premiery doczekała się ponad 25 lat po premierze swojej pierwszej części.

Niespełniony malarz Leo Sabarsky przeprowadza się do czynszowej kamienicy Meru House. Artysta wierzy, że w nowym miejscu znajdzie natchnienie do pracy, to jednak nie przychodzi. Sąsiadami malarza są sławny niegdyś pisarz, który od dawna nie wydał żadnej powieści, tajemniczy muzyk potrafiący wydobyć dźwięk z kamienia oraz samotna pani Featherskill wypatrująca powrotu męża, który porzucił ją pięć lat temu bez słowa wyjaśnienia. Wszystkim przypatruje się bezdomny kot, który wcale nie jest zwykłym kotem.

„Klatki” to prawdziwa chimera, zbudowana z filozofujących czarnych kotów, pokrętnych historii, śpiewających kamieni, samotności i deszczu, czarnych i prostych płócien, nut i dziurek od klucza, wzburzonych fanatyków literatury, paranoi i bólu, irytująco spokojnych snów, coraz mroczniejszych filozofów, przemijających nadziei, mądrych baśni, niekończących się korytarz i schodów, ludzi ze złymi psami i w melonikach oraz rozlicznych metafor, nakładanych gęstymi warstwami – pisze we wstępie do komiksu Terry Gilliam, autor znakomitych filmów „Brazil” i „12 małp” oraz były członek grupy Monty Pythona. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, na 500 stronach komiksu Dave’owi McKeanowi faktycznie udało się zmieścić wszystko to, o czym wspomina Gilliam, a nawet jeszcze więcej.

„Klatki” rozpoczynają się… prozą. Na kilku pierwszych stronach albumu znajdziemy cztery historie poświęcone tworzeniu oraz odpowiedzialności jaką niesie ze sobą moc demiurga. Ten temat przewijać się będzie przez komiks aż do końca. Bo choć „Klatki” fabularnie są obyczajową opowieścią o ludziach mieszkających w tej samej okolicy, to pod tą pierwszą warstwą kryją się w nich poważne filozoficzne rozważania na temat niedoskonałości tworzenia, wysiłku z nim związanego, odpowiedzialności, ale i rozczarowań jakie ze sobą niesie.

Dzieło Dave’a McKeana nie jest proste, ale nie jest hermetyczne. Perypetie Sabarsky’ego i jego sąsiadów na pierwszym, podstawowym poziomie są zrozumiałe i nie brakuje w nich humoru. Jednak to, co czyni „Klatki” dziełem fascynującym, kryje się głębiej. Losy głównych bohaterów są dla McKeana zaledwie pretekstem do licznych dygresji, przypowieści oraz filozoficznych dywagacji, które autor snuje spokojnie i bez pośpiechu.

„Klatki” składają się z dziesięciu rozdziałów, z których aż sześć poświęconych jest zbudowanie świata i opisanie zamieszkujących go bohaterów. Gdy się o tym czyta, może się to wydawać nudne, ale zapewniam, że nic bardziej mylnego. Obok licznych scen komediowych nie brakuje w „Klatkach” ludzkich dramatów i wielkich emocji. Jednym z najlepszych fragmentów komiksu jest monolog pani Featherskill, staruszki oczekującej na powrót męża, który – jak się dowiadujemy później – porzucił rodzinę. W oszczędnych kadrach skupionych w dużej mierze na twarzy bohaterki McKean odtworzył nieprawdopodobną ilość emocji, w dodatku zrobił to tak sugestywnie, że wielu czytelnikom podczas czytania zakręci się łza w oku.

„Klatki” są dziełem niezwykle gęstym. – Zalecam regularne odpoczynki w czasie wędrówki przez ten tekst – radzi we wstępie Terry Gilliam, i warto się go posłuchać. Komiks McKeana potrzebuje czasu, nie tylko ze względu na swoją obszerność. Aby go docenić, trzeba dać się wchłonąć hipnotycznemu światowi „Klatek”, a to wymaga nie szybkiej konsumpcji, ale degustacji. „Klatkami” trzeba się raczyć, nawet wielokrotnie, bo z każdą kolejną lekturą oferują nowe wrażenia, doznania i tropy interpretacyjne.

Zachwyca precyzja z jaką „Klatki” zostały wykonane. W komiksie obok siebie występują rozwiązania typowe dla powieści szkatułkowej, nieoczywiste metafory oraz liczne cytaty i autocytaty. McKean przedstawia historię w ascetycznych rysunkach, w których krytycy dopatrzyli się inspiracji twórczością Egona Schiele’a, ale w „Klatkach” znajdziemy też charakterystyczne dla Brytyjczyka kolaże, farby wodne, abstrakcyjne kompozycje oraz cyfrowo przetworzone fotografie. Mimo tak licznych stylów i pomysłów fabularnych, jakie udało się zmieścić w komiksie, nie ma w nim bałaganu ani chaotyczności. „Klatki” są dziełem przemyślanym i drobiazgowo zaplanowanym, ale nie „artystowsko” wyrachowanym. To komiks szczery i prawdziwy, a co za tym idzie wiarygodny.

Nie są na pewno „Klatki” dziełem dla wszystkich. To komiks wymagający wobec czytelnika, nieoczywisty, poruszający poważne tematy, niekiedy ocierający się eksperyment. To powieść graficzna, ale i dzieło sztuki. Obyczajowa, nastrojowa historia o ludziach uwięzionych we własnych mentalnych klatkach, jak i poważny traktat filozoficzny. To dzieło o wielu „twarzach” wymykające się prostym interpretacjom. Intrygujące i fascynujące, a przede wszystkim gwarantujące niezapomniane wrażenia oraz przeżycia.

Powieść graficzna „Klatki” ukazała się nakładem wydawnictwa Timof Comics.