„Kapitan Ameryka: Biały” [RECENZJA]

Jeph Loeb i Tim Sale od lat tworzą jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów komiksowych. Za ich najlepsze dzieła uznawane są powszechnie miniserie o Batmanie „Długie Halloween” i „Mroczne zwycięstwo”, ale czytelnicy i krytycy wysoko oceniają również tzw. „kolorową serię” poświęconą początkom karier najpopularniejszych superbohaterów uniwersum Marvela. Po Daredevilu, Spider-Manie i Hulku Jeph Loeb i Tim Sale wzięli się najsłynniejszego z Avengersów czego efektem jest „Kapitan Ameryka: Biały”.

Tworzona przez 7 lat sześciozeszytowa miniseria traktuje o wojennych przygodach Steve’a Rogersa i jego nastoletniego pomocnika Bucky’ego. Komiks opowiada o tym w jaki sposób superbohater i krnąbrny chłopiec zostali partnerami. Przybliża także okoliczności ich pierwszej poważnej wspólnej misji na terenie okupowanej Francji, w której ich przeciwnikiem był złowrogi Red Skull.

Wcześniejsze odsłony „kolorowej” serii czyli „Daredevil: Żółty”, „Spider-Man: Niebieski” oraz „Hulk: Szary” były osobistymi wspomnieniami tytułowego bohatera. Z perspektywy czasu i w formie listu adresowanego do ukochanej przyglądali się kluczowym wydarzeniom z początków swojej kariery. W efekcie każda z kolejnych części cyklu była mniej lub bardziej intrygującym połączeniem klasycznej opowieści o superbohaterze i obyczajowego dramatu.

W swoim najnowszym dziele Jeph Loeb i Tim Sale powtarzają ten motyw. Ponieważ jednak Kapitan Ameryka nigdy nie był mocno kojarzony z jedną kobietą, adresatem jego monologów uczynili Bucky’ego. I tu pojawia się pierwszy problem jaki mam z tym komiksem. „Kapitan Ameryka: Biały” zaczął być tworzony w 2008 roku. Trzy lata wcześniej Ed Brubaker i rysownik Steve Epting stworzyli udaną miniserię „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”, w której Bucky powrócił cały i (prawie) zdrowy jako bezlitosny zabójca działający na usługach Rosji. Oczywiście, z perspektywy Steve Rogersa z miniserii Loeba i Sale’a Bucky jest martwy, ale czytelnicy wiedzą już, że to nieprawda i w związku z tym ciężko im się wczuć w żal jaki Kapitan Ameryka odczuwa po stracie pomocnika oraz najbliższego przyjaciela.

Być może nie zwróciłbym na ten mankament uwagi, gdyby „Kapitan Ameryka: Biały” poruszył mnie w takim samym stopniu jak zrobiły to „Daredevil: Żółty” i „Spider-Man: Niebieski”. Tak się, niestety, nie stało. Loeb buduje narrację w podobny sposób, jak we wcześniejszych odsłonach „kolorowej” serii, ale to co sprawdzało się w historii miłosnej, nie do końca działa w opowieści o męskiej przyjaźni. Łzawe monologi Steve’a Rogersa miejscami są zbyt przytłaczające, a miejscami budzą po prostu wesołość.

Sama intryga nie jest specjalnie skomplikowana, ale opowiedziana sprawnie i z polotem. Superbohaterowie plus naziści to połączenie, które z reguły się sprawdza i tak jest również tym razem. W walce z Red Skullem Kapitana Amerykę wspierają sierżant Fury (jeszcze bez opaski na oku) i jego Straszliwe Komando oraz oddział francuskich partyzantów o nazwie Cirque de la Revolution. Gościnnie pojawiają się Namor i wczesny skład Avengersów, a wśród bohaterów drugoplanowych uważni czytelnicy wypatrzą Oliviera Batroca – przodka marvelowskiego arcyzłoczyńcy Batroca.

Graficznie „Kapitan Ameryka: Biały” nie rozczarowuje. Charakterystyczna kreska Tima Sale’a w połączeniu z kolorami wykonanymi przez Dave’a Stewarta dają piorunujący efekt. Filmowo zakomponowane, dynamiczne kadry, w których nie brakuje pełnostronicowych kompozycji, robią wrażenie skutecznie rekompensując scenariuszowe mielizny.

„Kapitan Ameryka: Biały” nie jest najlepszą odsłoną „kolorowej” serii. Osobiście umieściłbym go na trzecim miejscu po „Spider-Manie: Niebieskim” i „Daredevilu: Żółtym”. Co nie zmienia faktu, że dzieło Jepha Loeba i Tima Sale’a to kawał solidnego komiksu dystansującego większość tytułów z oferty Marvela jakie dziś ukazują się na naszym rynku.

Album „Kapitan Ameryka: Biały” ukazał się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.

.