„Hugo” Bedu [RECENZJA]

Pierwsze polskie wydanie „Hugo” ukazało się ponad 25 lat temu nakładem nieistniejącego już wydawnictwa Orbita. Teraz 5-tomowa seria powróciła dzięki Egmontowi wywołując przy okazji głosy oburzenia spowodowane jakością tłumaczenia i kontrowersyjną decyzją usunięcia z albumu materiałów dodatkowych.

„Hugo” jest dziełem belgijskiego rysownika i scenarzysty Bernarda Dumonta publikującego pod pseudonimem Bédu. Cykl powstał w latach 1986-1990 i został nagle zakończony w wyniku konfliktu autora z wydawnictwem Le Lombard (a dokładnie z jednym z jego menadżerów).

Tytułowy Hugo jest wędrownym trubadurem, który w towarzystwie niedźwiedzia Biskoto, uroczej wróżki Śliweczki i Narcyzem (latającą istotą będącą ucieleśnieniem przeznaczenia), przemierza magiczny, inspirowany średniowieczną Francją świat, przeżywając mnóstwo niesamowitych przygód. W tomie „Zaklęcie w fasolę” musi zdjąć klątwę z zamienionego w ziarno fasoli niegrzecznego księcia. W „Krasnalu z Corneloup” pomaga wyjaśnić zagadkę wypadków nękających budowniczych katedry. W „Boskiej jabłoni” wpada w środek trwającego od lat konfliktu pomiędzy dwoma skłóconymi braćmi. W „Zamku mew” odkrywa tajemnicę rodziny małej dziewczynki obdarzonej magicznym talentem. A w „Błękitnej perle” spieszy na pomoc potrafiącemu ożywiać przedmioty czarodziejowi, którego moc ktoś chce wykorzystać do złych celów.

„Hugo” znakomicie oparł się próbie czasu. 30 lat po swoim debiucie, seria wciąż zachwyca fantastycznym światem, niesamowitymi bohaterami oraz nieposkromioną wyobraźnią jego twórcy. Kadry komiksu zaludnione są niesamowitymi, a przy tym uroczymi bohaterami oraz magicznymi krainami, w których wszystko jest możliwe. Co ważne, polscy czytelnicy dopiero teraz mogą po raz pierwszy zobaczyć świat „Hugo” w całej jego okazałości. Komiks wydrukowany na dobrej klasy papierze, urzeka ferią barw i kolorów, czego nie można powiedzieć o pierwszym wydaniu (Orbita słynęła, niestety, ze średniej jakości swoich publikacji, co jednak nie było w owym czasie na rynku zjawiskiem niespotykanym). Od strony technicznej edycja Egmontu bije orbitową na głowę.

Oryginalna zbiorcza edycja przygód Hugo była wzbogacona o 60 stron materiałów dodatkowych. Decyzją polskiego wydawcy ta część została opublikowana w formie oddzielnego albumu zatytułowanego „Hugo Przewodnik po krainie fantazji”. Wydany w niewielkim nakładzie w ciągu zaledwie kilku dni po premierze został wyprzedany i dziś jest dostępny jedynie na serwisach aukcyjnych za trzycyfrową kwotę. Nie pochwalam decyzji o podzieleniu oryginalnego „integrala”, ale do pewnego stopnia ją rozumiem. Egmont chciał zaadresować „Hugo” do młodszych czytelników i maksymalnie zbić cenę, żeby zachęcić do zakupu również tych, którzy serii jeszcze nie znają. Jako czytelnik wolałbym, żeby poszli śladem wydawnictwa Ongrys publikującego opasłe i wypełnione dodatkami „integrale” adresowane do kolekcjonerów i fanów, pozostałym dając możliwość kupna pojedynczych albumów w miękkiej oprawie za niewielką, stosunkowo, cenę.

Poważny problem mam jednak z nowym tłumaczeniem serii. „Hugo” jest komiksem synkretycznym, idealnie łączącym bajkową, uroczą scenografię z fabułą, w której nie brakuje poważnych tematów. Oryginalne kwestie są bardzo starannie napisane i nie brakuje w nich stylizacji, celowych anachronizmów oraz, oczywiście, humoru. Zdaniem tłumaczki Agnieszki Labisko tego humoru było jednak za mało, ponieważ sporo wysiłku włożyła w to, żeby serię „dośmieszyć”. Niestety, z marnym skutkiem. W sprawie nowego przekładu „Hugo” wypowiadał się już nawet Tomasz Kołodziejczak wyjaśniając, że tłumacz ma prawdo do własnej interpretacji oryginalnego tekstu. Oczywiście, ma rację. Problem w tym, że w przypadku „Hugo” tłumaczka wprowadziła do dialogów kwestie, które u Bedu w ogóle się nie pojawiają! Przykładowo, na stronie 11 albumu jest rysunek przedstawiający Farfelina wchodzącego do sali tronowej i mówiącego „Rozejść się, kmioty. Przejście dla maga”. Podczas gdy w oryginale mówi on tylko „laissez-moi passer” czyli „przepuśćcie mnie”. Nie ma tam ani maga ani tym bardziej żadnych kmiotów.

Ten przykład pokazuje też drugą bolączkę nowego przekładu czyli… chamstwo. W dialogach „Hugo” znalazło sporo stwierdzeń i określeń, które w komiksie dla dzieci wydają się być nie na miejscu jak tępa dzida, kmioty czy wypierdek. Dodatkowo, sporo jest w nich aluzji do współczesności w tym odwołań do osoby wróżbity Macieja, minimków, Harry’ego Pottera czy Katnis Everdeen (głównej bohaterki cyklu „Igrzyska śmierci”). Rozumiem, że w ten sposób chciano sprawić by „Hugo” stał się atrakcyjniejszy dla nowego pokolenia czytelników. Jedyne co osiągnięto, to wkurzenie „starych” fanów Bedu, a to przecież oni głównie i w pierwszej kolejności ruszyli kupić nowe wydanie, jeśli nie dla siebie, to dla swoich dzieci.

Co bardziej krewcy czytelnicy na internetowych forach nawoływali do bojkotu nowej edycji „Hugo”. Moim zdaniem, to przesada. Edytorsko to najlepsze wydanie serii Bedu jakie ukazało się na naszym rynku i jedyne pokazujące piękno oraz urok świata stworzonego przez belgijskiego artystę. Tłumaczenie jest niefortunne, decyzja o sprzedaży dodatków w oddzielnym albumie dyskusyjna, ale to wszystko nie zmienia faktu, że „Hugo” pozostaje jedną z najlepszych bajkowo-fantastycznych serii komiksowych jakie można kupić za pieniądze.

.