„Batman: Bloom” [RECENZJA]

„Batman” Scotta Snydera i Grega Capullo jest najbardziej znaną komiksową serią spod szyldu Nowe DC Comics (New 52). Tworzona przez sześć lat rozpalała emocje czytelników zachwycając ich, ale i niejednokrotnie rozczarowując. Jej finałowy tom zatytułowany „Bloom” zalicza się, niestety, do tych drugich.

Po wydarzeniach opowiedzianych w tomie „Ostateczna rozgrywka” dotknięty amnezją Bruce Wayne nie jest już Batmanem. Wiedzie spokojne życie u boku ukochanej kobiety pomagając młodzieży doświadczonej przez los. Obowiązki zamaskowanego obrońcy Gotham przejął komisarz Gordon, który zdecydował się na współpracę z potężną korporacją Powers International finansującą dalszą działalność Mrocznego Rycerza. Wyposażony w nowy kostium i potężny sterowany komputerowo pancerz były policjant staje do wali ze złem, któremu na imię Pan Bloom.

Po domniemanej śmierci Jokera na ulicach Gotham pojawił się nowy złoczyńca. Skrywający twarz za niecodzienną maską Pan Bloom obdarza mieszkańców metropolii supermocami. Wkrótce w Gotham pojawiają się setki potężnych stworów, z którymi nawet nowy Batman nie potrafi sobie poradzić. Czy kiedy jego ukochanemu miastu po raz kolejny grozić będzie zagłada, Bruce Wayne zdecyduje się na ponowne przywdzianie kostiumu nietoperza?

Myślę, że wszyscy z was znają odpowiedź na to pytanie. Finał komiksu „Batman: Bloom” jest więc oczywisty. Jednak sposób w jaki do niego dochodzimy, daleki od doskonałości

Już w „Ostatecznej rozgrywce” Scott Snydder wprowadził do „Batmana” wątki rodem z horrorowych slasherów czyniąc z Jokera nieśmiertelnego złoczyńcę. Teraz poszedł o krok dalej. Wyglądający jak Slender Man na sterydach Pan Bloom jest bowiem klasyczną postacią z filmu grozy, w dodatku wysokobudżetowego. Obdarzonym mocą zmiany swojego ciała bezlitosnym mordercą i sadystą, który w finale (lekki spoiler) rośnie do rozmiaru Godzilli by, podobnie jak japoński potwór, niszczyć nie tylko ludzi, ale całe budynki dodatkowo miotając z dłoni płomienie, błyskawice oraz mentalnie kontrolując maszyny.

Ten finał rodem z katastroficznych superprodukcji w ogóle mnie nie przekonał. Totalna rozwałka na ulicach Gotham w której biorą udział setki potworów, dziesiątki pancerzy bojowych i Batman zwyczajnie mnie zmęczył. Snyder jako scenarzysta ma skłonność do przesady. Przez większość serii udawało mu się ją jednak trzymać na wodzy. A jeśli już pozwalał sobie na fabularne „rozpasanie”, to – przynajmniej do pewnego momentu – służyło to czemuś więcej, niż taniemu efekciarstwu. W „Bloomie” poszedł jednak na całość. Chciał, by finał jego serii był spektakularny i cel ten zrealizował. Niestety, przy okazji rozczarował sporą część fanów Batmana, w tym niżej podpisanego.

W swoich najlepszych komiksach o Mrocznym Rycerzu Scott Snyder i Greg Capullo wprowadzali do uniwersum wyraziste czarne charaktery („Trybunał sów”), bawili się genezą narodzin superbohatera („Rok zerowy”) oraz analizowali relacje łączące Batmana z jego najbliższymi towarzyszami („Śmierć rodziny”). W „Bloomie”, niestety, nieliczne próby uczynienia tej historii ciut ambitniejszą utonęły trykotowej nawalance.

Fabuła komiksu razi uproszczeniami. Sposób w jaki rozwiązano wątek amnezji Bruce’a Wayne’a jest zwyczajnie śmieszny. Co więcej, przedstawiony w taki sposób, że kompletnie nie można zrozumieć o co w nim chodzi (jeśli ktoś rozgryzł zagadkę białego Batmana niech się do mnie odezwie, bo chętnie ją poznam). Naiwne, a co za tym rozczarowujące jest również wyjaśnienie pochodzenia Blooma oraz motywów jakie stały za jego działaniami.

Za dużo jest w tym komiksie nic nie wnoszącego efekciarstwa. Przykładowo, jeden z zeszytów kończy się pojawieniem olbrzymiego robota bojowego o wyglądzie Jokera, ale już w kolejnych rozdziałach w ogóle go nie ma. I nie wiadomo co się z nim stało. Po prostu znika. Fabularnie zbędny jest także wątek wyprawy Robina do klubu Pingwina, którego jedynym celem wydaje się być danie Gregowi Capullo naszkicowania kilkunastu kadrów walki z rozpoznawalnymi arcyzłoczyńcami.

Są w „Bloomie” fragmenty znakomite. Świetna jest scena, w której Alfred próbuje powstrzymać Wayne’a przed zejściem do Jaskini Nietoperza. Doskonałe jest ponowne spotkanie i rozmowa Bruce’a z jego odwiecznym wrogiem. Fantastyczny jest też projekt postaci samego Pana Blooma, choć – jak się okazało – to jedyny atut tego arcyzłoczyńcy. To jednak za mało jak na finał serii uchodzącej za jedną z najlepszych w historii Mrocznego Rycerza.

O Scotcie Snyderze przyjęło się mówić, że jest to autor, który znakomicie zaczyna, ale fatalnie kończy. Niestety, to stwierdzenie jest prawdziwie również w kontekście całych serii. „Batman” podobnie jak „Amerykański wampir” zaczął się znakomicie, jednak z czasem zaczął obniżać loty. „Bloom” kończy pewien rozdział w historii Mrocznego Rycerza. Kończy spektakularnie i z przytupem, ale, niestety, nie w najlepszym stylu.

Seria „Batman” Scotta Snydera i Grega Capullo ukazuje się nakładem wydawnictwa Egmont.

  • Michał Chmielowiec

    Bloom to nie ostatni tom Batmana z New 52. W sierpniu Egmont wyda ten naprawdę ostatni.

    • Tyle, że w Epilogu masz same niepowiazane z głównym runem historie. Historia New 52 kończy się właśnie w tym tomie

      • Dokładnie tak W „Epilogu” jest tylko jeden zeszyt Snydera i Capullo, poza tym chyba pierwsza część „Batman: Rebirth” i coś tam jeszcze. To album z cyklu „wyciskacz kasy”,. Fabularnie run kończy się na „Bloomie”.