„Atomic Blonde” [RECENZJA]

Jeśli Bond kiedykolwiek miałaby być kobietą, to powinna ją zagrać Charlize Theron. W „Atomic Blonde” aktorka udowadnia, że piękno może być zabójcze.

„Atomic Blonde” jest swobodną adaptacją powieści graficznej „The Coldest City” Antony’ego Johnstona (scenariusz) i Sama Harta (rysunki) wydanej przez Oni Press w 2012 roku. Czarno-biały komiks jest historią szpiegowską rozgrywającą się w Berlinie w dniach poprzedzających upadek Muru. Jej bohaterką jest Lorraine Broughton, agentka MI6 przybywająca do miasta, by wyjaśnić zagadkę śmierci swojego kolegi, a przede wszystkim zdobyć tajną listę z nazwiskami agentów działających po oby stronach Zimnej Wojny. Jej ujawnienie oznacza wyrok śmierci dla wszystkich, którzy się na niej znaleźli.

„The Coldest City” jest realistyczną opowieścią szpiegowską utrzymaną w duchu twórczości Johna Le Carre. Sensacyjnej akcji, jako takiej, nie ma w niej zbyt wiele. Na ponad 170 stronach komiksu pada zaledwie 8 strzałów, a większość fabuły przedstawiona jest w rozbudowanych dialogach. Kiedy więc zobaczyłem pierwszy zwiastun „Atomic Blonde” byłem bardzo zaskoczony. Spodziewałem się filmu na miarę „Szpiega” Tomasa Alfredsona, a tymczasem trailer sugerował, że będzie to produkcja w stylu „Bourne/John Wick w spódnicy”. I rzeczywiście, „Atomic Blonde” to niezwykle dynamiczna a przy tym energetyczna produkcja, choć ciut za długa.

Scenarzysta Kurt Johnstad, autor fabuły m.in. „300”, dość wiernie przeniósł na duży ekran intrygę wymyśloną przez Antony’ego Johnstona. Owszem, tu i ówdzie coś zmieniono, odmłodzono bohaterów, jedna postać nie jest już mężczyzną a kobietą, a finał różni się od komiksowego, ale fabularnie „Atomic Blonde” podąża fabułą znaną z komiksu. Z tą różnicą, że filmowa Lorraine Broughton jest nie tylko mistrzynią szpiegowskich rozgrywek, ale również – a może przede wszystkim – chodzącą maszyną do zabijania.

„Atomic Blonde” jest debiutem reżyserskim Davida Leitcha, doświadczonego kaskadera, dublera Brada Pitta i Jean-Claude’a Van Damme’a, od kilkunastu lat pracującego również jako drugi reżyser m.in. przy takich produkcjach jak „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”, „Jurassic World” czy „Wolverine”. Z racji swoich doświadczeń zawodowych Leitch wie jak należy kręcić sceny akcji i w swoim debiucie robi z tej wiedzy dobry użytek. „Atomic Blonde” to ciąg znakomicie zainscenizowanych i jeszcze lepiej sfilmowanych bójek, pościgów i strzelanin toczonych przy dźwiękach przebojów New Order, The Clash, George’a Michaela, Neny czy Davida Bowiego. Choć ze wszystkich pojedynków wychodzi zwycięsko, Lorraine nie jest superbohaterką. Potrafi przywalić z półobrotu, ale sama też obrywa, a w miarę upływu czasu jej ciało pokrywa się coraz liczniejszymi ranami i siniakami. Szpiegostwo w jej wykonaniu to zawód pełen emocji, ale również niezwykle bolesny.

„Atomic Blonde” spełnia obietnice dane w zwiastunach. To blisko dwie godziny solidnej rozrywki w atrakcyjnym opakowaniu i z wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową, pełne emocji, humoru i niezłego aktorstwa. Jedynym problemem tej produkcji są wspomniane wcześniej „dwie godziny”. „Atomic Blonde” jest zwyczajnie za długie. Pod koniec film zaczyna być męczący, a rozbudowane sceny akcji stają się nużąco irytujące. Z powodzeniem dałoby się tę opowieść zamknąć w 90 minutach projekcji, z korzyścią zarówno dla widzów jak i samego obrazu.

Debiut Davida Leitcha nie jest z całą pewnością filmem na randkę, ale miłośnicy „Johna Wicka” czy serii o przygodach Jasona Bourne’a nie będą nim rozczarowani. Nie urągający inteligencji odbiorców scenariusz, sprawna reżysera, przebojowa ścieżka dźwiękowa i piękna Charlize Theron na pierwszym planie gwarantują mile spędzony czas.