„Anihiliacja”, tom 1 [RECENZJA]

Do komiksowych eventów podchodzę z dużym dystansem. Towarzyszące im kampanie medialne zapowiadają „nową jakość”, a finalnie najczęściej dostajemy historię taką samą jak setki wcześniejszych, tylko dłuższą, z większą ilością bohaterów i groźniejszymi czarnymi charakterami. Dokładnie takim dziełem jest „Anihiliacja”, której pierwszy tom ukazał się w ramach cyklu „Marvel Klasyka”.

Album rozpoczyna się od historii Draxa Niszczyciela, bohatera doskonale znanego czytelnikom z serii oraz filmu „Strażnicy Galaktyki”. Po katastrofie kosmicznego statku-więzienia Drax wraz kilkoma rozbitkami trafia na Ziemię. Tam wplątuje się w konflikt z byłymi współwięźniami, ginie, odradza się na nowo (jako zupełnie nowa istota) i w towarzystwie nastolatki Cammi wraca w otchłanie kosmosu by wpaść w sam środek międzygalaktycznej apokalipsy.

Granica pomiędzy wszechświatem i Strefą Negatywną zostaje przerwana. Armia potężnego i okrutnego Annihiliusa przemierza kosmos niszcząc wszystko na swojej drodze. Powstrzymać go próbują członkowie Korpusu Nova – koordynowanej przez Xandariański Wszechumysł formacji dbającej o bezpieczeństwo Galaktyki Andromedy i Drogi Mlecznej. Starcie z siłami Annihilusa kończy się katastrofą. Korpus Nova zostaje całkowicie zniszczony wraz z ich rodzinną planetą Xandarem. Jedynym ocalałym z rzezi jest Richard Rider, Ziemianin z pięcioletnim doświadczeniem w służbie Korpusu. W jego ciele schronienie znajduje Xandariański Wszechumysł obdarzając mężczyznę mocą, nad którą trudno zapanować.

„Anihilacja” jest jednym z najbardziej rozbudowanych eventów w historii uniwersum Marvela. W opowieści o walce z siłami Annihilusa pojawiają się dziesiątki bohaterów, w tym tych najbardziej rozpoznawalnych: Silver Surfer, Thanos, Galaktus. Publikacja całej serii zajęła półtora roku (11.2005-05.2007), a trzy miesiące po jej finale Marvel rozpoczął wydawanie jej kontynuacji zatytułowanej „Annihiliation: Conquest”.

Rozpoczęcie pierwszego tomu nie jest porywające. Otwierająca album czteroodcinkowa miniseria „Drax Niszczyciel” jest, mówiąc wprost, nudna. Na dziewięćdziesięciu stronach niewiele się dzieje, a jak już się dzieje, to ciężko w tych wydarzeniach znaleźć jakiś głębszy sens. Być może ta historia nabierze większego znaczenia w odniesieniu do kolejnych tomów, ale na razie sprawia wrażenie przydługiej zapchajdziury. Wysłać Draxa w kosmos w towarzystwie nastolatki, do czego ostatecznie ta opowieść prowadzi, można było znacznie sprawniej i na znacznie mniejszej ilości stron.

Wraz z pojawienie się Richarda Ridera akcja nabiera tempa. Historia o ostatnim członku korpusu Nova jest schematyczna, ale opowiedziana sprawnie i dynamicznie. To kolejna opowieść o superbohaterze, który najpierw dostaje w kość, a później uzbrojony w supersupermoc staje do nierównej walki ze z pozoru niepokonanym przeciwnikiem. Szkoda tylko, że tym przeciwnikiem jest nijaki Annihilus, kolejny jednowymiarowy arcyłotr, któremu o nic nie chodzi poza tym, żeby zniszczyć wszechświat (z drugiej strony, jak ktoś się nazywa Annihilus, to nie ma specjalnego wyboru ;)).

Graficznie „Anihilacja” prezentuje się nieźle, acz również od strony graficznej nie znajdziemy w tym evencie nic przełomowego. Najsłabiej z zawartych w pierwszym tomie historii wypada „Drax Niszczyciel”. Kolejne „Anihilacja: Prolog” narysowane przez Scotta Kolinsa i Ariela Olivettiego oraz „Annihiliacj: Nova” cieszą oko realistyczną kreską i efektownie zaprojektowanymi kadrami, ale nie ma w nich nic czego byśmy już wcześniej nie widzieli.

„Anihiliacja” to kolejny typowy marvelowski event. Zaprojektowany z rozmachem, ale fabularnie naiwny i przewidywalny. Pierwszy tom nie zachwyca, ale też specjalnie nie rozczarowuje. A historia Richarda Ridera jest na tyle intrygująca, że sięgnę po kolejny tom serii.

Tom pierwszy eventu Änihilacja”ukazał się nakładem wydawnictwa Egmont.

.